Przejdź do treści

Józef Maria Ruszar i jego prywatny folwark w Instytucie Literatury

Zeszyt
Antonina Tosiek
IL

To miał być tekst o kontrowersjach związanych z podziałem środowiska literackiego na dwa obozy: obóz bojkotujących Instytut Literatury oraz obóz decydujący się na współpracę pomimo oczywistych różnic światopoglądowych. Chciałam prześledzić projekty wydawnicze, przyjrzeć się generacyjnemu wymiarowi ciągnącego się sporu i zastanowić nad systemowymi przyczynami braku środowiskowej solidarności. Po­prosiłam o rozmowę kilkanaścioro byłych lub obecnych pracowniczek i pracowników Instytutu. Niektórzy pracowali w ILu od samego początku, inni obejmowali stanowiska na skutek dużej rotacji w poszczególnych działach. Nasze rozmowy dotyczyły ich bezpośrednich doświadczeń pracy jako podwładnych JMR. Już podczas pierwszej z nich stało się dla mnie jasne, że należy napisać coś zupełnie innego. „Sprawa ILu” to bowiem nie ideowe manifestacje czy polityczne przepychanki, ale bulwersująca historia o bezkarności i przemocy.

Większość osób związanych obecnie lub w przeszłości z Instytutem Literatury, z którymi próbowałam się skontaktować, podchodziło do moich próśb o rozmowę bardzo podejrzliwie. Zależy im na zachowaniu anonimowości oraz autoryzacji całości tekstu. Boją się możliwych konsekwencji. W stronę większości z nich regularnie rzu­cano obelgami („debile”, „idioci”, „męskie pizdy”, „męczychujki”), kazano im „wypier­dalać” i straszono, że nigdy już nie znajdą w Krakowie pracy. Widzę, jak wiele moich rozmówców i rozmówczynie kosztuje opowieść o pracy w Instytucie. Pojawią się łzy, trzęsą się ręce. „Tam naprawdę czuje się atmosferę zastraszenia” – powie mi jedna z nieetatowych współpracowniczek Instytutu. Podczas rozmów wielokrotnie powra­cać będzie cytat z listu otwartego wysłanego przez jednego z byłych pracowników do całego zespołu ILu: „Jedyną wspólnotą, jaką tworzymy, jest wspólnota strachu przed Dyrektorem”. 

INSTYTUCJA ZA ZASŁUGI 

Powstanie Instytutu Literatury od samego początku budziło duże emocje. Przede wszystkim pojawiały się pytania o zasadność tworzenia kolejnej instytucji, której za­dania miały częściowo pokrywać się z dotychczasową działalnością Instytutu Książki, gdzie już od 2016 roku rządził zespół z nadania ministra Glińskiego. Promocji Instytutu Literatury towarzyszyły dość przaśne strategie marketingowe i archaiczna estetyka, nigdy nie ukrywano także preferowanego profilu ideologicznego wspieranej twórczości. Szybko okazało się, że stworzenie Instytutu Literatury to właściwie prywatna inicjatywa jego przyszłego dyrektora – Józefa Marii Ruszara. JMR, rocznik 1951, to postać od lat związana ze środowiskami prawicowo-konserwatywnymi. W PRLu opozycjonista, od początku lat dwutysięcznych nieprzerwanie obecny w kręgu apologetów i działaczy Prawa i Sprawiedliwości, jeden z sygnatariuszy „Apelu poparcia” kandydatury Jarosła­wa Kaczyńskiego na urząd prezydenta w roku 2010. Wydawca, wykładowca jezuickiej Akademii Ignatianum w Krakowie oraz były pracownik Narodowego Banku Polskiego. Karierę naukową – ważny komponent dyrektorskiego ego – rozpoczął dopiero po sześć­dziesiątce. W przeszłości organizował kilka cyklicznych wydarzeń literackich między innymi Warsztaty Herbertowskie, które później wpisano na listę działań statutowych ILu. Instytut starano się promować jako instytucję o charakterze mecenatu artystycz­nego dla twórców i twórczyń różnorodnej „literatury niekomercyjnej”. 

Na papierze Instytut Literatury został powołany dopiero w lutym 2019 roku, jednak już rok wcześniej prowadzono nieoficjalną zbiórkę tekstów literackich oraz produkcję nagrań z wieloma czołowymi poetami i poetkami w rolach głównych. Do publikowania w nowopowstającym czasopiśmie zachęcał między innymi jeden z jego przyszłych redaktorów, ceniony i wielokrotnie nagradzany poeta nurtu, jak go nazwał Marian Stala, „ośmielonej wyobraźni”, który zapraszał znajomych twórców (w tak niewielkim środowisku naprawdę trudno się nie znać) do współpracy z pismem wy­dawanym przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne. Wtedy ani o ILu, ani o Józefie Marii Ruszarze nie było ponoć mowy. Miał powstać nowy tytuł publikujący najnowszą polską literaturę. W dodatku oferować hojne, znacznie przewyższające możliwości innych czasopism literackich, wynagrodzenia. A ówczesne stawki, co podkreślają wszyscy moi rozmówcy i rozmówczynie, brzmiały wtedy bardziej jak żart z ich płytkich kieszeni niż realne kwoty; słynne pięćset złotych za publikację jednego wiersza, dwa tysiące za publikację opowiadania, tysiąc trzysta za tekst krytyczny itp. 

KTO SIWIEJE, KTO MA MLEKO POD NOSEM 

Kiedy po kilku miesiącach ujawniono, co to faktycznie za instytucja i kto ma stanąć na jej czele, większość rozpoznawalnych nazwisk w środowisku literackim zdecydo­wało się na bojkot działań Instytutu. Sprawa od początku, ze względu na profil pisma oraz skład pierwszej redakcji, angażowała jednak poetki i poetów. Ktoś pisał, że czuje się oszukany, ktoś inny tłumaczył, że nie sprawdzał z kim podpisywał umowę na publikację wierszy w „Nowym Napisie”, bo przecież papier pod nos podsuwał dobry kolega. W obliczu kolejnych oburzających decyzji ministra Glińskiego blokujących finansowanie najważniejszym polskim festiwalom i czasopismom literackim, nietrudno było zinterpretować powołanie Instytut Literatury jako próbę przejęcia kontroli nad możliwościami finansowymi środowisk twórczych. Potem, wiadomo: lawina postów na portalach społecznościowych, gorączkowe oświadczenia i wyznaczanie linii de­markacyjnej. Kto honorowo nie publikuje z nami, kto haniebnie publikuje przeciwko nam. Ówcześnie w konflikt najgłośniej zaangażowało się trzech piszących panów z roczników sześćdziesiątych i jeden z osiemdziesiątych, którzy: a) jako jedni z nie­licznych literatów w Polsce utrzymują się z w pełni z pisania, b) dysponują sporym i bardzo oddanym gronem fanów na swoich profilach społecznościowych, c) mają tendencje do żelaznego przekonania o własnej racji. Jedni formułowali krytykę w du­chu antysystemowym, czyli przeciwko występowaniu pod jakimkolwiek sztandarem, drudzy przeciwnie – w imię zjednoczeń i unii, ale raczej tych dedykowanych wybranym szczęśliwcom, środowiskowej elicie. Rykoszetem obrywało się także twórcom, którzy nie znając charakteru sporu, właśnie w ILu wydawali swoje debiutanckie (często świet­ne!) książki. Kilka miesięcy temu najbardziej rozpoznawalna w mediach recenzentka literacka postanowiła nie omawiać na spotkaniu autorskim debiutanckiej powieści zaproszonej autorki ze względu na miejsce jej wydania. 

W ramach Instytutu stworzono kwartalnik literacki, portal internetowy, wydaw­nictwo, dział międzynarodowych projektów translatorskich. Współpracę z „Nowym Napisem” (pierwotnie „Napisem”, ale pech chciał, że pismo o takim tytule istniało już od lat) podjęło zarówno wielu rozpoznawalnych twórców o „jedynie słusznej” orienta­cji ideowej, jak i grupa bardzo młodych, dopiero rozpoczynających pracę zawodową reprezentantów lewicującego środowiska młodoliterackiego. Tak oto w pierwszych numerach wydawanego przez IL kwartalnika obok tekstów prawicowych, katolickich konserwatystów (które w „Nowym Napisie” zawsze miały pierwszeństwo) pojawiły się zaangażowane szkice spod egidy młodej lewicy, a patriotyczne wiersze (nazywane przez część redakcji „złogami”) przeplatały się z poezją dwudziestolatków. „Pluralizm” powie mi jeden z byłych redaktorów „Nowego Napisu”; „marny listek figowy” – sko­mentuje inny. 

Dlatego też dyskusję wokół współpracy z Instytutem Literatury szybko zaczęto intepretować jako kolejną odsłonę nieśmiertelnego sporu generacyjnego. Dla wielu miał on także charakter klasowy, bo przecież łatwiej odrzucić propozycję publika­cji czy spotkania autorskiego, kiedy pod koniec miesiąca nie trzeba z niepokojem zaglądać na konto. Odwieczna sztafeta pokoleń – klasycyści (w wolnym tłumacze­niu komentarzy na portalach społecznościowych: najedzone pupilki liberalnych salonów instytucji kultury poprzedniej władzy) kontra barbarzyńcy (ci, którym lata dziewięćdziesiąte kojarzą się bardziej z dziurawymi trampkami niż z festiwalem wolności). I chociaż rotacja na stanowiskach w Instytucie była i jest ogromna, wśród pracowników zawsze znajdował się ktoś reprezentujący krakowskie środowisko młodopoetyckie. W większości przypadków były to osoby – niektóre współpracują z ILem do dnia dzisiejszego – cieszące się wśród młodych pisarek i pisarzy sporym autorytetem; naczelni popularnych pism, redaktorzy debiutanckich książek i mono­grafii, rozpoznawalne krytyczki. 

„NORMALNIE DZIAŁAJĄCA REDAKCJA” 

Do cenzurowania treści publikowanych w „Nowym Napisie” dochodziło stosunkowo rzadko. Jeśli Dyrektor ILu (pełniący również funkcję redaktora naczelnego pisma) miał danego dnia w miarę dobry humor, udawało się przemycić treści kontrastujące z jego przekonaniami ideowymi. Może z wyjątkiem tekstu poświęconego opozycjo­nistkom z lat osiemdziesiątych, w którym pojawiło się porównanie do Strajków Kobiet. Szef Instytutu Literatury nie mógł przecież pozwolić na „szkalowanie kraju”, przekaz należało złagodzić. Gorzej bywało z większymi publikacjami poetyckimi. Dyrektor nie krył nigdy swoich fachowych opinii literaturoznawczych – współczesną polską poezję zwykł nazywać „gównem”, piszących ją zaś „grafomanami”. Kiedy jedną z na­gród w konkursie na publikację książki poetyckiej wygrała osoba transpłciowa, JMR grzmiał, że należałoby unieważnić cały projekt. Może gdyby lepiej orientował się we współczesnym polu literackim, zdążyłby wycofać dofinansowanie na publikację książki wrocławskiego krytyka o marksistowskiej orientacji ideowej (na stronie wydawnictwa zawisła pomiędzy omówieniami prozy Bronisława Wildsteina oraz dramatów Karola Wojtyły). Skończyło się jednak na pretensjach, że nikt go wcześniej nie uprzedził, o czym jest wydawana w jego instytucie książka. Dyrektorską ręką skreślano także konkretne nazwiska z propozycji translatorskich dla zagranicznych wydawnictw, pu­blicznej krytyki ILu tak łatwo się przecież nie wybacza. Z czasem podejmowanie przez pracowników jakichkolwiek suwerennych inicjatyw stawało się coraz trudniejsze, aż w końcu – niemal niemożliwe. W liście otwartym do zespołu ILu autorstwa redaktora, który zakończył współpracę z Instytutem ze względu na skandaliczny model zarządza­nia instytucją, „Nowy Napis” przedstawiony został jako pismo niesuwerenne, w pełni podległe osobistym przekonaniom Dyrektora: 

„Normalnie działająca redakcja nie przejawia ambicji doprowadzenia swoich Autorów do przyjęcia jakichkolwiek «słusznych poglądów», ani jakiejkolwiek «właściwej formy». Owszem, może się z Autorem spierać, ale maksymalne ocze­kiwanie to: «uzasadnij lepiej swoje stanowisko». Normalnie działająca redakcja, jeśli zaprasza na swoje łamy Autora odległego od linii redakcji (tu: linii redaktora naczelnego), nie postponuje go następnie za poglądy, które wyłożył na jej – go­ścinnych? – łamach.” 

I choć nadawca owego listu wrócił ponoć w dyrektorskie łaski i obecnie pracuje nad książką poświęconą najbardziej promowanemu przez Instytut poecie, Janowi Polkowskiemu, odchodząc, podsumowywał działania byłego już szefa następująco: 

„Józef Ruszar traktuje – otóż – Instytut Literatury nieledwie jak swoją własność i zdaje mi się, że uważa ten stan rzeczy za ze wszech miar naturalny. Nasz Dy­rektor ma bowiem do instytucji, którą zarządza, stosunek patrymonialny, nie zaś biurokratyczny. Władca patrymonialny nie kieruje się w rządzeniu żadnymi regułami, jego rządzenie to prosta dominacja.” 

PLAC ZABAW DYREKTORA 

Pierwsze zdania rozmów z byłymi pracowniczkami i pracownikami Instytutu przeważ­nie brzmią podobnie: „nie chciałem więcej do tego wracać”, „część tamtego czasu wyparłam”, „przepracowuję te doświadczenia z pomocą psychiatry”. Są też jednak tacy, których do szczegółowych opowieści wcale nie trzeba zachęcać. Szybko dowiaduję się, że kilka osób – niezależnie od siebie – podejmowało już próby kontaktu z mediami, a nawet planowało złożenie pozwu zbiorowego przeciwko JMR. Wokół funkcjonowa­nia Instytutu Literatury od początku krążyło wiele szkodliwych mitów. Szkodliwych przede wszystkim dlatego, że pozwalały zbudować zupełnie fałszywy obraz tej insty­tucji jako miejsca, którym zarządza się według przemyślanego planu czy programu. Tymczasem zarówno opowieści o gigantycznych wynagrodzeniach dla etatowych pracowniczek i pracowników ILu (nazywanych przez literacki świecznik „kolaboran­tami” i „sprzedawczykami”), jak i narracje o drobiazgowo zaplanowanym działaniu na rzecz przełamania solidarności środowisk twórczych, mijają się z prawdą. Instytutem Literatury rządzi kaprys. I – oczywiście – niekończący się potok ministerialnych pie­niędzy. Moi rozmówcy zgodnie powtarzają: „wszystko, co wartościowego udało się zorganizować w Instytucie, wydarzyło się nie za sprawą, ale pomimo Dyrektora”. Praca po kilkanaście godzin dziennie, mierzenie się z zadaniami znacznie wykraczającymi poza ustalony zakres obowiązków, wysłuchiwanie w słuchawce telefonu wulgarnych ataków wściekłości Ruszara po godzinie dwudziestej drugiej – wszystko to należy do standardu pracy w Instytucie. 

„Nazwałbym to zarządzaniem chaosem. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, jaką przyklepaną pół roku temu decyzję JMR odwoła, o jakiej zapomni, co tym razem sprowokuje u niego atak agresji. To nie są cywilizowane warunki” – opisuje były pra­cownik z wieloletnim stażem w branży dziennikarskiej i wydawniczej. 

Dyrektor jednego dnia wpada na oderwany od realiów rynku oraz życia literac­kiego pomysł (na przykład stworzenie sieci klubokawiarni Instytutu Literatury albo zakupienie do siedziby trzech par drzwi pochodzących rzekomo z mieszkania Zbi­gniewa Herberta), żeby dzień później nie pamiętać ani słowa z poczynionych ustaleń. 

Czasem z pomocą przyjdzie najbliższa asystentka JMR, która prowadzi skrupu­latne notatki z większości jego spotkań, żeby zapobiec nadciągającej lawinie wyzwisk i przypomnieć Dyrektorowi choć zarys rozmowy. 

Najczęściej jednak osobom współpracującym z ILem pozostaje rozszyfrowywa­nie dziesiątków zdawkowych maili i niezrozumiałych poleceń. Czy to możliwe, żeby autor książki, z powodu braku postępów nad którą Dyrektor urządził pracownikom festiwal wrzasków i obelg, nie miał w ogóle pojęcia o jej powstawaniu? Jak najbardziej. Zdarzyło się także, że osoba ze zleconym zadaniem (na przykład przetłumaczeniem fragmentów Trylogii lub esejów Jana Błońskiego dla zagranicznych wydawnictw) po kilku miesiącach pracy nie otrzymuje wynagrodzenia. Cóż poradzić, JMR łatwo się nudzi. Niesłabnącym dyrektorskim zainteresowaniem cieszy się za to projekt celebro­wania wszelkimi możliwymi metodami poezji i osoby pewnego krakowskiego poety (prywatnie bliskiego przyjaciela Dyrektora), Jana Polkowskiego; ostatnimi laty znanego głównie z funkcji prezesa Fundacji „Smoleńsk 2010” odpowiedzialnej za produkcję thrillera Smoleńsk. Od początku swojego istnienia Instytut Literatury zdążył: wydać lub sfinansować wydanie czterech książek autora, wyprodukować oratorium do jego poezji oraz dwa poświęcone jej filmy (niecałe sto odsłon na YouTube), zadedykować mu odcinek flagowego podcastu i osobny numer kwartalnika, przetłumaczyć jego książki na języki: angielski, hiszpański, niemiecki, ukraiński, rosyjski i rumuński, prze­prowadzić z nim cztery wywiady prasowe, zorganizować trzy spotkania poetyckie, wyprodukować piętnaście nagrań z lekturą wierszy oraz opublikować dwadzieścia dziewięć pojedynczych tekstów poetyckich i eseistycznych. Mając na uwadze kwoty, które oferuje swoim twórcom IL, proszę sobie samodzielnie oszacować rachunek. Kolegom Józefa Marii Ruszara (gdybym miała zliczyć tylko tych w najbliższej orbicie ILu, mogłoby zabraknąć mi palców) żyje się chyba z tej całej literatury nie najgorzej. 

SWOICH TRZYMAĆ BLISKO 

Tymczasem miesięczne wynagrodzenie etatowego pracownika na stanowisku kierow­niczym wynosi w Instytucie średnio pięć tysięcy brutto plus ewentualna premia w wy­sokości ustalanej przez Dyrektora. Bywa jednak, że dwoje pracowników zatrudnionych na stanowiskach wymagających podobnych kompetencji, o podobnym zakresie odpo­wiedzialności, zarabia różne kwoty. Szefostwo preferuje pracę na podstawie umowy zlecenia, na umowę o pracę trzeba u Dyrektora zasłużyć albo o nią zawalczyć. Zarówno forma umowy, jak i wartość wynagrodzenia zależą od jego prywatnych decyzji, naj­częściej dyktowanych sympatią lub jej brakiem. Zdarzało się już, że kierownika, który popadł w niełaskę u JMR, karano przez „degradację” na mniej stabilną formę zatrud­nienia. Jednemu z byłych pracowników zaoferowano podczas rozmowy kwalifikacyjnej dwa tysiące złotych na rękę za pracę na pół etatu. Zarządca Instytutu uderzył pięścią w stół (który to gest wyjątkowo sobie upodobał) i dyrektorskim dekretem zarządził obniżkę jego wynagrodzenia najpierw o pół tysiąca, potem o trzysta złotych. Gra nie idzie jednak o faktyczne kwoty – liczy się ustawienie w szeregu. 

Zespół ILu przez dług czas dzielił się na grupę „starych” i „młodych” stażem w projektach powiązanych w jakiś sposób z osobą JMR. Niektórzy znają go jeszcze z czasów pracy w Narodowym Banku Polskim, innych ściągnął do Instytutu z Państwo­wego Wydawnictwa Muzycznego, jeszcze inni pracowali przy organizacji Warsztatów Herbertowskich. Z kolei powołany niedawno na stanowisko zastępcy dyrektora Insty­tutu Literatury, Paweł F. Nowakowski (historyk i teolog, autor między innymi pozycji Maryja. Historia Matki Bożej) wywodzi się z linii akademickich aspiracji Ruszara – obaj współpracują z jezuicką Akademią Ignatium w Krakowie. (Której to, na marginesie, serdecznie gratuluję doboru kadry naukowej oraz gorliwego przestrzegania zasad kodeksów etyki i uchwał antymobbingowych zamieszczonych na stronie uczelni.) Zdarzało się, że ktoś otrzymywał etat przez wzgląd na starą znajomość z Dyrektorem, a następnie samodzielnie umieszczał w Biuletynie Informacji Publicznej ogłoszenie o poszukiwaniu pracownika, którego opis musiał pokrywać się z doświadczeniem nowozatrudnionego. Najbardziej lojalna i oddana gwardia współpracowników Ruszara bezsprzecznie czerpie korzyści z przymykania oczu na nieprzestrzeganie prawa pracy czy panujący w Instytucie mobbing. Z czasem na łamach „Nowego Napisu” zaczęło pojawiać się coraz mniej twórców i twórczyń spoza wewnętrznego kręgu osób zatrud­nionych w ILu (sic!) oraz ich znajomych. 

Nawet obecni pracownicy Instytutu nie potrafią podać mi dokładnej liczby za­trudnionych osób, najprawdopodobniej jest ich nieco ponad trzydzieścioro. Spośród dwudziestu pięciu nazwisk wymienionych na stronie internetowej jako pracownicy i pracowniczki Instytutu Literatury lub członkowie instytutowej Rady Programowej aż jedenaście osób może się za to szczycić książkami wydanymi nakładem Instytutu. Licznych publikacji na łamach papierowego kwartalnika („Nowy Napis” widnieje na ministerialnej liście punktowanych czasopism naukowych) czy też w internetowym „Nowym Napisie Co Tydzień” doczekały się natomiast aż dwadzieścia dwie osoby. Rekordziści dobijają do trzeciej dziesiątki publikacji. Nikogo nie powinno zatem dziwić, że Józefowi Marii Ruszarowi udało się bez trudu – w latach 2014-2020 – uzbierać wy­starczająco punktów na uzyskanie doktoratu i habilitacji. Kogoś wyjątkowo złośliwego mogłaby jednak zastanowić obecność w Radzie Programowej Instytutu zarówno promotora, jak i recenzenta rozprawy doktorskiej Dyrektora. 

SYSTEM PRZEMOCY 

Skąd biorą się zatem w Instytucie nowe pracowniczki i pracownicy? 

Jedni trafiają do ILu zupełnie nieświadomi związanych z nim kontrowersji. „Prze­cież mnie się na początku wydawało, że Pana Boga za nogi chwyciłam. Praca w kul­turze!” – śmieje się jedna z byłych redaktorek. Inni decydują się na pracę w Instytucie pomimo jego złej prasy w środowisku naukowym i literackim. „Od początku wiedziałem, jakiego rodzaju inicjatywy chcę rozkręcić i o co walczyć. Skoro w ILu były pieniądze na młodą literaturę, którą dotychczas państwowe instytucje ignorowały, to czemu nie zrobić z nimi czegoś dobrego?” – tak opowiada z kolei jeden z pomysłodawców, dziś już martwego, Programu Wsparcia Debiutantów. Kilkoro z moich rozmówców i roz­mówczyń podjęło się jednak pracy u JMR ze względu na trudne warunki finansowe. Komuś kończyło się stypendium doktoranckie i szukał dodatkowego źródła dochodu na kilka miesięcy, komu innemu zachorowała bliska osoba i dziennikarska pensja prze­stała wystarczać na leczenie. To grupa najbardziej narażona na manipulacje ze strony Dyrektora, który w sposób wyjątkowo wyrachowany potrafi wykorzystywać informacje o życiu prywatnym swoich pracowników. Plotkuje, straszy, tworzy w zespole atmosferę wyobcowania i nieufności. JMR jest jednak bardzo sprawny w szacowaniu, przy kim może sobie pozwolić na puszczenie hamulców. Na adresatów swoich wybuchów wybiera przeważnie osoby o delikatnej konstrukcji psychicznej, często pozostające w trudnej sytuacji materialnej. Do płaczu doprowadza raczej przestraszoną sekretar­kę czy księgową, nie zaś zaangażowane lewicowo krytyczki dysponujące zasobami i forum do nagłośnienia przypadków przemocy. Nie znaczy to w żadnym wypadku, że te drugie nie wiedzą, czego doświadczają pierwsze. Moi rozmówcy powtarzają: w Instytucie Literatury wszyscy wiedzą. Jedni mniej, drudzy dużo więcej, ale ściany siedziby przy ulicy Smoleńsk nie są na tyle grube, żeby wygłuszyć dyrektorskie krzyki. 

W jednym z licznych maili, które w ostatnich tygodniach otrzymałam od byłych i obecnych pracowników Instytutu Literatury, pojawia się wyliczenie stosowanych przez JMR taktyk mobbingowych: upokarzanie, zniesławienie, bezzasadna krytyka pracy, wyśmiewanie, niestosowne komentarze dotyczące wyglądu, zastraszanie oraz groźby utraty pracy, przymusowe nadgodziny, wulgaryzmy, naruszanie nietykalności cielesnej poprzez „doskakiwanie” do pracownika, rzucanie przedmiotami, niechciany kontakt fizyczny, utrudnianie wykonywania pracy, izolowanie pracowników od zespołu, rozpusz­czanie plotek na temat ich życia osobistego. Usłyszałam historie o legendarnych wśród pracowników kolegiach redakcyjnych i spotkaniach kierowników, podczas których JMR miał regularnie wykrzykiwać do zespołu, że „ich, kurwa, nienawidzi”, „zabije ich”, „są skończonymi debilami” i mają „spierdalać”. Owe kolegia potrafiły trwać kilka godzin. Większość pracowników decyduje się podczas ich trwania nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z Dyrektorem, skupić się na jednym punkcie, jak mówią – „po prostu to przetrwać”. Niektórzy po ich skończeniu zasypiają z psychicznego wycieńczenia, inni sięgają po alkohol, ktoś jeszcze inny zwykł wychodzić z Instytutu na zimny prysznic w pobliskim mieszkaniu znajomego. 

Osoby także obecnie związane z działalnością ILu podkreślają znaczenie pa­nującego bałaganu organizacyjnego. Jeśli bowiem pracownicy nie znają dokładnie zakresu swoich obowiązków, można winić ich za rzekome zaniedbania na każdym polu. W moich rozmowach nieustannie powraca także wątek niekompetencji JMR zarówno w obszarze związanym z literaturą, jak i – co istotniejsze – zarządzania insty­tucją. Dyrektor nie potrafi obsługiwać podstawowych narzędzi cyfrowych, nie rozumie zasad finansowania oraz rozliczania dotacji, przez co często wymaga od swojego zespołu wykonywania zupełnie nielogicznych działań. Od jego osobistych dekretów zależy jednak niemal każdy aspekt działalności Instytutu, dlatego wiele projektów utyka w martwym punkcie ze względu na brak decyzyjności. Znane są także historie pracowników, którzy miesiącami wykonywali pracę bez umowy, ponieważ dyrektor, jak stwierdzał, „nie miał czasu na głupoty”. Do ich podpisania konieczna byłaby fi­zyczna obecność w siedzibie Instytutu, co w przypadku JMR często bywa trudne do zrealizowania. Jesienią 2020 roku Dyrektor wyprowadził się z miasta na kilka tygodni, pozostawiając faktyczne kierowanie Instytutem w rękach szeregowych pracowników, z którymi okazjonalnie łączył się przez Internet. Zdarzyło mu się wtedy zorganizować kolegium redakcyjne online o godzinie 11.00, nieobecność na którym tłumaczył póź­niej ponoć „zaspaniem”. Dwie najbliższe sekretarki i asystentki JMR, zwane przez pracowników „biurem obsługi dyrektora”, notorycznie zajmują się w godzinach pracy prywatnymi sprawami swojego szefa. Zadaniem jednej z nich było podobno zbieranie dokumentacji do procedury habilitacyjnej Ruszara. Inna miała ponoć prowadzić na pełen etat kwerendę naukową do jego tekstów. 

Reakcje i humory Dyrektora są zupełnie nieprzewidywalne. Z równowagi może wytrącić go najbardziej błaha rzecz, na przykład brak łyżki do butów albo fakt, że ktoś odpowiedzialny za przenosiny siedziby do innego budynku nie dostarczył kartonowych pudeł do przeprowadzki. JMR pozwala sobie na wybuchy nawet w obecności osób trzecich. 

Do członków Warsztatów Herbertowskich miał po­wiedzieć na przykład: „Jak na was patrzę, to nie tylko ręce, ale i chuj mi opada”. 

Do jednej z byłych pracowniczek w obecności gości lwowskiej edycji Warsz­tatów Herbertowskich wykrzykiwał między innymi: „jesteś nikim”, „nic nie znaczysz”, „jak śmiesz się do mnie odzywać”. Na zakończenie jednej z krakowskich imprez or­ganizowanych przez Instytut, JMR miał grozić pobiciem synowi swojej pracownicy, który ponoć zbyt głośno fotografował zgromadzonych. W grudniu 2022 roku, podczas warszawskiego koncertu dla uchodźczyń i uchodźców z Ukrainy zdenerwowało go zaś, że pod tańczącymi dziećmi skrzypiał parkiet, co komentować miał: „ukraińskie bydło”. 

Najbardziej niepokojące są jednak doniesienia o przypadkach zachowań mają­cych znamiona molestowania. JMR, czego absolutnie nie ukrywa, uwielbia towarzystwo kobiet. Szczególnie bardzo młodych. „Co mam ci powiedzieć, on się po prostu ślini na widok większości dziewczyn. Opowiada o nich naprawdę obleśne rzeczy” – mówi mi w zakłopotaniu były redaktor „Nowego Napisu”. Licealistki uczestniczące w jednym z konkursów poetyckich ILu JMR miał nazywać „kurewkami”, o nawiązaniu współpracy z młodą krytyczką miał zaś zadecydować zadowalający Dyrektora rozmiar jej biustu. Byłe pracowniczki opowiadają mi o sytuacjach, w których doświadczały niechcianego kontaktu fizycznego ze strony JMR: przytulania, obejmowania, całowania w policzki. Usłyszę także o wieczorze podczas jednego ze służbowych wyjazdów, kiedy to jeden z bliskich kolegów-profesorów, zwanych „muszkieterami Ruszara”, pozwalał sobie na nie­stosowne komentarze pod adresem pracowniczek, które Dyrektor podsumował „poruchać młodą dziew­czynę zawsze spoko”. Innym razem JMR miał siłą rzucić na łóżko jedną ze swoich podwładnych. Inna pracowniczka opowie o przekroczeniu jej granic intymnych podczas wspólnej z Dyrektorem podróży windą. 

Rozmówczynie poinformują mnie także o historiach kobiet, które miały paść ofiarami aktów jeszcze poważniejszych, nienagłaśnianych i niezgłaszanych z obawy przed ośmieszeniem oraz gniewem JMR. 

KREATYWNA KSIĘGOWOŚĆ 

Wiele wątpliwości budzi także brak transparentności finansowej Instytutu. Oficjal­nie roczny budżet jego działalności statutowej wynosi 6 milionów złotych. Flagowe projekty IL-u finansowane są jednak z osobnych dotacji; „Tarcza dla literatów” doto­wana jest kwotą 2,7 miliona rocznie, zaś projekt wydawniczy „Kanon polski” – choć informacja o wielkości dotacji nie została podana do opinii publicznej, poznałam ją po wystosowaniu oficjalnego zapytania do MKiDN – kwotą 4 milionów. Portmonetka ILu jest jednak jeszcze głębsza, remonty czy zakup potrzebnego zdaniem Dyrektora sprzętu finansowane są przez osobne dotacje celowe, na przykład na stworzenie studia nagraniowego minister Gliński dorzucił lekką ręką niemal 135 tysięcy złotych. „Jeśli mam być szczera, pieniędzy mieliśmy po prostu za dużo”, „czasem było trzeba dzwonić do znajomych i namawiać na skorzystanie z dotacji, bo nie było komu tego rozdać”, „kwoty dofinansowania publikacji są na tyle wysokie, że często z pieniędzy na dziesięć książek publikujemy co najmniej czternaście” – mówią redaktorzy i wydawcy. 

Sytuacja wyglądała podobno wyjątkowo kuriozalnie, kiedy w mediach zrobiło się głośno o odejściu ze struktur Stowarzyszenia Pisarzy Polskich między innymi Olgi Tokarczuk (nazywanej przez JMR „tą pizdą zieloną”), Agnieszki Holland czy Adama Zagajewskiego, których decyzja stanowiła reakcję na współpracę SPP z Instytutem. Kilka wydawnictw zwróciło otrzymane dotacje, przez co rozliczenia budżetowe przestały się zgadzać. Dyrektor ponoć odgrażał się, że zadzwoni do ministerstwa „i już, kurwa, nigdy nic te chujki nie dostaną”. Skoro jedni odmawiali przyjęcia dofi­nansowań, należało wynagrodzić nimi innych. Tym samym jeszcze większe kwoty trafiały do twórców ideowo bliskich samemu JMR. Jak jednak zgodnie powtarzają wszyscy moi rozmówcy – pochodzenie danych środków wcale nie równa się ich ostatecznemu przeznaczeniu. Z budżetu „Tarczy dla literatów” finansowano choćby statutowe wydawanie kwartalnika czy delegacje służbowe. Status legendarnych osiągnęły już liczne „wyjazdy studyjne”, które po całej Europie odbywać ma JMR oraz jego najbliżsi współpracownicy i zaprzyjaźnieni twórcy. Czasem są to delegacje słu­żące promocji zagranicznego tłumaczenia książki wydanej w Instytucie (w pierwszej kolejności przetłumaczono na kilka języków poezję Jana Polkowskiego oraz książkę krytycznoliteracką Dyrektora), innym razem – jak opowiadają moi informatorzy – wy­jazdy o charakterze urlopowym za publiczne pieniądze. Z budżetu Instytutu są ponoć finansowane także wszystkie podróże JMR taksówkami do i z pracy. Sześćdziesiąte dziewiąte urodziny Dyrektora obchodzono hucznie i w sporym gronie podczas zorga­nizowanej z państwowych pieniędzy imprezy z okazji rocznicy powstania Instytutu. „Kreatywna księgowość” – brzmi refren niemal każdej przeprowadzonej przeze mnie rozmowy. Główna księgowa oraz kierowniczka wydawnictwa niestrudzenie pilnują, aby informacje dotyczące finansów Instytutu nie wydostały się poza najbliższe grono JMR. Nie jest jednak tajemnicą, że Dyrektor miesiąc rozliczeń dotacji ministerialnych co roku nazywa „czasem wojny”. 

Dwa lata temu w budżecie zostało sporo niewydanych pieniędzy, JMR wprost pytał więc: „komu jeszcze możemy za coś zapłacić?”. W grudniu 2022 roku okazało się natomiast, że w kasie brakuje około trzystu tysięcy; zmiana komunikatu: „komu możemy za coś nie zapłacić?”. Kierownicy poszczególnych działów nie dysponują z góry ustalonym budżetem właśnie na wypadek, gdyby nagle trzeba było dokładać do ostatecznego rachunku. W Instytucie Literatury złotówki liczy się na dwa sposoby: optymistycznie i elastycznie. Kilkoro rozmówców do dziś obawia się odpowiedzialności prawnej za pracę przy projektach, których realizacja wiązała się z naciąganiem prawa, z czego Dyrektor doskonale zdawał sobie sprawę; na przykład z księgowaniem półpry­watnych kosztów albo publikowaniem tekstów bez respektowania prawa autorskiego. 

FANTASTYCZNE LOSY JMR 

Znaczna część środowisk naukowego i literackiego zna jednak JMR od zupełnie innej strony. Na konferencjach czy festiwalach opowiada się złośliwe żarty o jakości jego artykułów naukowych i braku rozeznania w kulturze. Byli współpracownicy bez skrępo­wania nazywają go konfabulantem i megalomanem. Wymieniają się niewiarygodnymi historyjkami, które z pełnym przekonaniem opowiedział im sam JMR. Jedni słyszeli, że przyjaźni się z Hillary Clinton, a na nartach jeździł z Wyszyńskim i Janem Pawłem II. 

Drudzy prowadzą za to listę dokonań patriotycznych, którymi Dyrektor zwykł się chwalić nawet nowopoznanym osobom. Ktoś słyszał, że JMR był partyzantem podczas wojny w Nikaragui, ktoś inny, że pełnił w niej rolę egzekutora, jeszcze kto inny, że owszem, strzelał, ale nie do ludzi, a do małp albo niedźwiedzi. Zupełnie inaczej na tle tej historii brzmi za to powtarzana mi wielokrotnie anegdota z kolegium redakcyjnego, podczas którego JMR złożył dłonie w pistolet i kazał swoim pracownikom uważać, bo „w życiu więcej osób zastrzelił niż zwolnił”. Możliwe, że gdyby nie olbrzymia frustracja, strach i wypalenie wśród pracowników ILu, wiele z opisywanych przez nich sytuacji mogłoby funkcjonować jako zabawne anegdotki. Bo przecież fakt, że podczas Jarmarku Książki (inicjatywy stworzonej jako alternatywa dla Targów Książki) JMR kazał swoim pracow­nikom reorganizować wystawowe regały w taki sposób, żeby twarz Olgi Tokarczuk z okładki „Nowego Napisu” nie patrzyła z pogardą na twarz Miłosza z innej okładki, jest naprawdę zabawny. Śmieszyć może także wygłoszona lekcja o konieczności dopasowania fularu do skarpetek albo komiczne wykłady JMR na wybrany temat – od polityki po nauki biblijne. Co bowiem Dyrektor Instytutu Literatury często podkreśla, jest on zagorzałym katolikiem. Zarówno jemu, jak i jego najbliższym współpracownikom podczas wulgarnych wybuchów agresji zdarza się być w stanie – jak sam mówi – „łaski uświęcającej”. Zdecydowanie mniej do śmiechu byłoby zapewne jednej z socjolożek, dziennikarzom czy pracownikom dużego wydawnictwa, których JMR nieraz nazywał „lewackimi kurwami”. 

DOMINO 

Niektóre aspekty działalności Instytutu Literatury można ocenić jako podręcznikowe zwyrodnienia obecnej władzy: bezkarność, przekonanie o moralnej wyższości, która w rzeczywistości jest zupełnie zdeprawowana, krótka ławka specjalistów, podejrzane wydatki. Modelowy zdaje się być także sposób, w jaki JMR traktuje ponoć swoich pracowników – większość opowiedzianych mi historii brzmi jak klasyczna lista działań mobbera. I na tym koniec oczywistych podsumowań. 

Byli oraz obecni pracownicy i pracowniczki Instytutu Literatury są bowiem ofia­rami nie tylko różnych form przemocy ze strony Dyrektora (od naruszenia nietykal­ności cielesnej po działania mobbingowe), ale także państwowych struktur instytu­cjonalnych, które umożliwiły Józefowi Marii Ruszarowi objęcie stanowiska. Winę za ich krzywdę ponosi zarówno partyjna i ministerialna wierchuszka, jak i środowiska artystyczne oraz akademickie. Profesorki i profesorzy wydziałów polonistycznych, którzy od lat wyśmiewali jego wątpliwej jakości dokonania naukowe, powtarzali swoim studentkom „trzymajcie się od niego z daleka”, a później z uśmiechem przyjmowali zaproszenia na suto zakrapiane konferencje. Pisarze i wydawcy przekazujący w kuluarach co pikantniejsze historie prosto z Instytutu, którym czy to ideowa zawziętość, czy też zwykły koniunkturalizm przysłoniły realny wymiar legitymizowanej ich działaniami przemocy. W żałosną pułapkę dał się także złapać tłum facebookowych krytyków Instytutu Literatury, okazuje się bowiem, że nie bez powodu odwracano ich uwagę poezją Wojciecha Wencla czy dramatami o żołnierzach wyklętych. 

Polityczne manifesty i sądy kapturowe odwróciły na­szą uwagę od krzywdy ludzi z krwi i kości. Wszyscy daliśmy ciała, literacki grajdołku. 

Jak to się w ogóle stało, że Józef Maria Ruszar otrzymał w autorytarne władanie Instytucję, która zdaje się nie podlegać żadnej odgórnej kontroli? Jakim cudem jego skandaliczne działania udawało się tak długo trzymać w tajemnicy? Ile osób zdecydo­wało się milczeć ze strachu, ile zaś z powodu zwykłego wyrachowania? Z pewnością wiele oddolnych inicjatyw pracowników ILu zasługuje na docenienie. Dzięki oferowa­nemu wsparciu finansowemu ukazało się także sporo wartościowych tekstów i książek, których energia ideowa radykalnie różni się od promowanych przez Instytut przekonań. W teorii tak właśnie powinien przecież działać państwowy system wspierania literatury; otwierać się na różnorodność, umożliwiać powstawanie książek niekomercyjnych. System, którego od przełomu roku 1989 nadal nie zaprojektowano. Nie jestem jednak pewna, czy instytucja tak dalece zdegenerowana i skompromitowana miałaby szansę na zupełną reorganizację nawet pod skrzydłami innego dyrektora czy dyrektorki. Oby. Nowy Instytut Literatury wymagałby cyklicznych kontroli, działania z uwzględnieniem finansowej transparentności i relacji zespołowych. Wszystko należałoby zatem zbu­dować od zera, od gołych fundamentów. Na to przyjdzie jeszcze pora. Teraz jest czas ponoszenia konsekwencji oraz troski o ofiary przemocy. Zakasujcie rękawy, bo to do­piero początek pracy, którą środowiska literackie oraz akademickie powinny solidarnie, ramię w ramię, wykonać. Wierzę, że ten tekst to tylko pierwszy prostokąt domina. 

 

ANTONINA TOSIEK jest autorką tekstów krytycznych o literaturze i teatrze oraz książki poetyckiej storytelling (Biuro Literackie, 2021). Badaczka dwudziestowiecznej diarystyki ludowej. Doktorantka w Szkole Doktorskiej Nauk o Języku i Literaturze UAM. Laureatka Studenckiego Nobla w kategorii Literatura i Dziennikarstwo. Na łamach „Czasu Kultury” prowadzi autorski cykl o pamiętnikach chłopskich. Obecnie pracuje nad książką poświęconą pamiętnikom mieszkanek wsi.

ANEKS 

W związku z przygotowywaniem do druku artykułu Józef Maria Ruszar i jego prywatny folwark w Instytucie Literatury w ramach wywiązywania się z obowiązku dochowania sta­ranności i rzetelności przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, przewidzianego w art. 12 ust. 1 Prawa prasowego, zastosowanego odpowiednio do publikacji książkowej, przesłaliśmy do dyrektora Ruszara oraz do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego listę pytań, by umożliwić im ustosunkowanie się do zarzutów zawartych w naszej publikacji. 

PYTANIA WYSŁANE DO JÓZEFA MARII RUSZARA, DYREKTORA INSTYTUTU LITERATURY, 28 SIERPNIA 2023 ROKU W ZWIĄZKU Z PUBLIKACJĄ ARTYKUŁU W DIALOGU PUZYNY. PRZEJĘTE 

1. Nasi rozmówcy wskazywali, że w Instytucie Literatury regułą jest słowne ubliżanie pracownikom przez Dyrektora. Wspominano o takich obelgach, jak np.: „debile”, „idioci”, „męskie pizdy”, „męczychujki”. Ja się Pan do tego ustosunkuje? 

2. Nasi rozmówcy wskazywali, że do standardów pracy w Instytucie Literatury należy praca ponad ustalony wymiar godzinowy oraz mierzenie się z zadaniami wykraczającymi poza obowiązki osoby zatrudnionej na danym stanowisku. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

3. Nasi rozmówcy wskazywali, że kiedy jedną z głównych nagród w konkursie na Nowy Dokument Tekstowy wygrała osoba transpłciowa, wpadł Pan w gniew i groził odwo­łaniem całego przedsięwzięcia. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

4. Nasi rozmówcy wskazywali, iż nakazał Pan zespołowi prace nad wydaniem książki, której powstawania nie był nawet świadomy wskazany przez Pana autor. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

5. Nasi rozmówcy wskazywali, że po kilkumiesięcznej pracy nad przekładami m.in. fragmentów Trylogii Henryka Sienkiewicza, wycofywał Pan decyzję o wypłaceniu tłumaczowi wynagrodzenia za dokonaną już pracę. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

6. Nasi rozmówcy wskazywali, że dwie osoby zatrudnione w Instytucie na stanowiskach wymagających podobnych kompetencji, o podobnym zakresie odpowiedzialności, zarabiają różne kwoty. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

7. Nasi rozmówcy wskazywali, że zdarzyło się Panu ukarać pracownika przez „degrada­cję” na mniej stabilną formę zatrudnienia. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

8. Nasi rozmówcy wskazywali, że pomimo poczynionych podczas rozmowy kwalifika­cyjnej ustaleń dotyczących wynagrodzenia za pracę na umowę zlecenie, potrafił Pan bez wskazania przyczyny obniżać wynegocjowaną kwotę (najpierw z 2000 tys. netto na 1500, potem – po interwencji kierownika jednego z działów – 1700 zł). Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

9. Nasi rozmówcy wskazywali, że w Instytucie Literatury doszło do sytuacji, w której osoba zatrudniona ze względu na znajomość z Dyrektorem po zaproponowaniu po­sady samodzielnie umieszczała ogłoszenie o poszukiwaniu pracownika z własnymi kompetencjami w Biuletynie Informacji Publicznej. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

10. Nasi rozmówcy wyliczali, że dopuszczał się Pan na pracownikach Instytutu Literatury następujących praktyk mobbingowych: upokarzanie, zniesławienie, bezzasadna krytyka pracy, wyśmiewanie, niestosowne komentarze dotyczące wyglądu, zastra­szanie oraz groźby utraty pracy, przymusowe nadgodziny, wulgaryzmy, naruszanie nietykalności cielesnej przez „doskakiwanie” do pracownika, rzucanie przedmiotami, niechciany kontakt fizyczny, utrudnianie wykonywania pracy, izolowanie pracowni­ków od zespołu, rozpuszczanie plotek na temat ich życia osobistego. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

11. Nasi rozmówcy wskazywali, że podczas wielogodzinnych kolegiów i spotkań redakcyj­nych miał Pan regularnie wykrzykiwać do zespołu, że „ich, kurwa, nienawidzi”, „zabije ich”, „są skończonymi debilami” i mają „spierdalać”. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

12. Nasi rozmówcy wskazywali, iż ma Pan trudności z obsługą podstawowych narzędzi cyfrowych oraz zrozumieniem zasad finansowania i rozliczania dotacji ministerial­nych, co znacząco utrudnia pracę całego zespołu. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

13. Nasi rozmówcy wskazywali, że zdarzyło się, aby pracownicy wykonywali swoją pracę bez podpisanej umowy, których spisanie wstrzymywały Pańskie uzasadnienia, jakoby „nie miał Pan czasu na głupoty”. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

14. Nasi rozmówcy wskazywali, że podczas trwania pandemii koronawirusa wyprowa­dził się Pan z Krakowa, a faktyczne kierowanie instytutem powierzył pracownikom, z którymi okazjonalnie łączył się Pan przez Internet. Wskazano także, że na niektóre z tych spotkań się Pan nie stawiał, argumentując to zaspaniem na spotkanie o go­dzinie 11.00. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

15. Nasi rozmówcy wskazywali, że asystentki Dyrektora Instytutu Literatury notorycznie zajmują się w godzinach pracy Pańskimi prywatnymi sprawami, np. zbieraniem dokumentów do procedury habilitacyjnej lub prowadzeniem kwerend to tekstów naukowych. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

16. Nasi rozmówcy wskazywali, że w ramach oficjalnych urodzin Instytutu Literatury zor­ganizował Pan także świętowanie swoich 69-urodzin, a podczas spotkania wyświetlił Pan przy pomocy, jak Pan to zwykł mawiać „gwizdka”, czyli pen-drive’a, prezentację multimedialną o własnych osiągnięciach. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

17. Nasi rozmówcy wskazywali, że właśnie podczas owych łączonych urodzin miał Pan grozić pobiciem synowi swojej pracownicy, który miał Pana zdaniem zbyt głośno fotografować zgromadzonych. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

18. Nasi rozmówcy wskazywali, że w grudniu 2022 roku, podczas warszawskiego kon­certu dla uchodźczyń i uchodźców z Ukrainy zdenerwowało Pana, że pod tańczącymi dziećmi skrzypiał parkiet, czym miały przeszkadzać w koncercie fortepianowym, co skomentować miał Pan słowami: „ukraińskie bydło”. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

19. Nasi rozmówcy wskazywali na doświadczanie przez pracowniczki niechcianego kontaktu fizycznego z Pańskiej strony, m.in. przytulania, obejmowania, całowania w ręce i policzki. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

20. Nasi rozmówcy wskazywali, że podczas jednego z wyjazdów służbowych miał Pan skwitować niestosowne komentarze swoich kolegów pod adresem pracowniczek Instytutu Literatury słowami „poruchać młodą dziewczynę zawsze spoko”. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

21. Nasi rozmówcy wskazywali, że podczas jednego z wyjazdów służbowych miał Pan po­pchnąć swoją pracownicę bez jej woli na swoje łóżko. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

22. Nasi rozmówcy wskazywali, że reagował Pan agresywnie na decyzje wydawnictw oraz osób fizycznych o zrezygnowaniu z przyjęcia dofinansowania od Instytutu Literatury. Miał Pan ponoć w obecności zespołu odgrażać się, że zadzwoni do Ministerstwa (dokładnie: sekretarza stanu w MKiDN Jarosława Sellina) i zadba, aby osoby te nigdy już nie otrzymały państwowych dotacji. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

23. Nasi rozmówcy wskazywali, że z budżetu dotacji przeznaczonej na „Tarczę dla lite­ratów” finansowano także statutowe działania Instytutu Literatury, m.in. wydawanie kwartalnika „Nowy Napis” oraz wyjazdy służbowe. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

24. Nasi rozmówcy wskazywali, iż odbywa Pan na koszt Instytutu Literatury podróże do i z pracy taksówkami. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

25. Nasi rozmówcy wskazywali, że kierownicy poszczególnych działów tworzących strukturę Instytutu Literatury, nie dysponują z góry ustalonym budżetem na działa­nia w obrębie swojego działu oraz nie są im przedstawiane ostateczne rozliczenia ponoszonych kosztów. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

26. Nasi rozmówcy wskazywali, że wielokrotnie podnoszono Panu problem z konieczno­ścią zdobycia praw autorskich do utworów publikowanych nie jako cytat, lecz w ca­łości m.in. w przypisach książek tłumaczonych na języki obce, jednak zdecydował się Pan tę kwestię zignorować. Jak się Pan do tego ustosunkuje? 

27. Ile osób jest obecnie zatrudnionych (zarówno na umowę o pracę jak i umowę zle­cenie) w Instytucie Literatury? 

ODPOWIEDŹ JÓZEFA MARII RUSZARA, PRZESŁANĄ W PLIKU NAZWANYM NAPAŚĆ ODP.DOCX DRUKUJEMY BEZ SKRÓTÓW I Z ZACHOWANIEM ORYGINALNEJ PISOWNI. 

Kraków, 8 września 2023 r. 

Szanowna Pani, 

powołuje się Pani na „rzetelność dziennikarską” co mnie zdumiewa, skoro głównie mowa o plotkach, a pytania nie pozwalają na odpowiedź według reguły „kto, co, gdzie, kiedy i z jakim skutkiem”. Na 27 pytań, a właściwie zarzutów, tylko jedno dotyczy spraw merytorycznych, tzn. ile osób jest zatrudnionych. Nie interesuje Pani, czy IL przez pięć lat coś zrobił, a może nawet miał jakieś osiągnięcia? Niektóre zostały opisane w me­diach, więc są łatwo dostępne. Oskarżenia (zwane „pytaniami”) nr 4, 6, 7, 8, 9, 10, 13 i 20 są tak skonstruowane, że nie można odpowiedzieć sensownie, to znaczy zgodnie z przywołaną dziennikarską normą. Konkretnie 

1) Jak mam odpowiedzieć na pytanie nr 4, skoro nie podaje Pani autora? Gdyby się Pani zainteresowała naszą działalnością a nie stekiem pomówień, to łatwo by Pani zauważyła, że trudno spamiętać konkretne sytuacje, jeśli wydaje się prawie 300 publikacji rocznie, w tym kilkadziesiąt za granicą.

2) Jak mam odpowiedzieć na pytanie nr 6, jeśli nie podaje Pani żadnego konkretu? Poza tym nawet jeśli tego rodzaju sytuacja miałaby miejsce, a nie jest konfabu­lacją niezidentyfikowanej osoby, to przecież zarzut jest bardzo podejrzany. Czy nie wie Pani, że ludzie mają różne kwalifikacje albo np. staż pracy, i w związku z tym należą się im rozmaite dodatki? Nie mówiąc już o tym, że nie wiem, czy mówimy o wynagrodzeniu brutto czy netto. Przecież różne grupy pracowników mają różne netto mimo tego samego brutto. 

3) Jak mam odpowiedzieć na pytanie nr 7, nie wiedząc, o kogo chodzi? Poza tym, niektóre osoby są zatrudnione (nawet na umowę o pracę) okresowo, z konkretnych dotacji celowych lub projektów czasowych. Może więc za­istnieć sytuacja, że ktoś ma przez rok umowę o pracę, a kiedy się kończy projekt, zostaje zatrudniony na umowę zlecenie z innej puli, aby nie tracił zatrudnienia. 

4) Jak mam odpowiedzieć na pytanie nr 8, jeżeli nie wiadomo, o kogo chodzi i kiedy taka sytuacja miałaby mieć miejsce? Odpowiedź może być tylko ogólna i teoretyczna. Nie wiem, o jakim przypadku mówimy. Przypominam tylko, że to dyrektor jednoosobowo jest odpowiedzialny za budżet i w związku z tym wszelkie decyzje tego typu są jego decyzjami. Jeśli z jakiś powodów kierow­nik podczas negocjacji obiecał komuś wyższe wynagrodzenie, albo przed dyrektorem zostały ukryte jakieś okoliczności, to ani negocjujący kierownik nie może domagać się respektowania jego obietnic, ani chcący się zatrudnić nie musi się godzić na warunki niezgodne z jego oczekiwaniami. Przepraszam, ale „zarzut” nie ma podstaw z definicji. Pracodawca negocjuje z pracownikiem warunki zatrudnienia i albo dochodzą do porozumienia, albo nie. Nikt nie jest do niczego zmuszany. Pracodawca ma jakąś opinię na temat wartości oferowanej usługi, a pracownik wie, czy mu się opłaca za jakieś wynagrodzenie udać się do pracy. Wolność ma swoje konsekwencje. 

5) Jak mam odpowiedzieć na pytanie nr 9, jeżeli nie wiadomo kto, co, kiedy i z jakim skutkiem? Wiadomo tylko, że „w IL”, a „winien” jest dyrektor. Zarzut jest nieprawdziwy z definicji, ponieważ opisana sytuacja nie jest możliwa z po­wodów technicznych. Wystarczy znać procedury i wiedzieć, że umieszczanie ogłoszenia na BIP-ie nie jest możliwe, jeśli się nie ma dostępu. Takim dostępem dysponuje tylko kilka osób, jak dyrektor czy kierownik administracji. A bez ogłoszenia na BIP nie ma możliwości zatrudnienia pracownika. Wystarczy znać przepisy, aby wiedzieć, że ktoś mówi nieprawdę.

6) Jak mam odpowiedzieć na pytanie nr 10, skoro jest to jedno z tych oskarżeń, które ze względu na brak zasady „kto, co, gdzie, kiedy, z jakim skutkiem” uniemożliwia sensowną obronę? Proszę też zauważyć, że większość zarzutów należy do kategorii „ocennych” typu: „nieuzasadniona krytyka” lub „utrudnia­nie wykonywania pracy”. Niby kto jest władny jednostronnie i bezdyskusyjnie uznać, że jakaś krytyka jest zasadna lub niezasadna? O „przymusowych nadgodzinach” będzie mowa w innym sformułowaniu i wykażę absurdalność takiego zarzutu. A o jakim „zniesławianiu” czy „upokarzaniu” mowa? Proszę zwrócić uwagę na fakt, że większość zarzutów o mobbing nadaje się do sądu pracy, więc gdyby faktycznie mobbing miał miejsce i istniały twarde dowody oraz poważne naruszenie zasad pracy, to rzecz skończyłaby się w sądzie pracy. Rozumiem, że redaktorka czasopisma nie musi się przejmować do­wodami – wystarczy czyjeś oskarżenie? To jest ta „rzetelność” dziennikarska, na którą się Pani powołuje? 

7) Jak mam odpowiedzieć na pytanie nr 11, sformułowane przez anonimowych pracowników, a dotyczące gróźb karalnych typu „zabijanie”? Poza tym, gdy­bym „pozabijał” wszystkich lub kazał im sobie pójść (wyrażając się wulgarnie), to z kim bym pracował? Dodam, że kocham moich wspaniałych pracowników za ich oddanie sprawie i pracowitość. To dzięki ich pracowitości, entuzjazmowi i kompetencji mamy duże osiągnięcia. Ci, którzy się nie nadawali, rzeczywiście odeszli. 

8) Jak mam odpowiedzieć na pytanie nr 13, kiedy znowu nie wiadomo, o kogo chodzi i kiedy rzekomo coś takiego mówiłem? Przypominam, że nie ma w Pol­sce niewolnictwa i jeśli ktoś nie ma umowy, to kto go zmusił do podjęcia pracy? Groźbą „zabójstwa”? Kolejny absurd. 

9) Jak mam odpowiedzieć na pytanie nr 20, które to wydarzenie nie wiadomo, gdzie i kiedy miało miejsce, a rzekomo dotyczy prywatnych rozmów między mężczyznami na temat kobiet? Skąd mam wiedzieć, kto co powiedział w takiej rozmowie i czy uczestnik poprawnie powtórzył ewentualną rozmowę? Co do przypisywanej mi wypowiedzi mogę tylko stwierdzić, że na pewno jest nie­prawdziwa. Nie używam określeń „poruchać” i „spoko”. To zbyt młodzieżowe określenia. 

Wszystkie te „pytania”, a właściwie oskarżenia zostały przedstawione anonimo­wo – typowy sąd kapturowy. Nie ma żadnych dowodów, a tylko pomówienia i zemsta – łatwo się domyśleć, że jakiś nieudaczników i nierobów, którzy nie szukali pracy, lecz państwowej posady. Dobre paliwo dla nierzetelnych dziennikarzy, którzy mają „zlecenie”. Jako wykładowca dziennikarstwa znam ten mechanizm. 

Tam, gdzie oskarżenia są bardziej sprecyzowane i wiem albo mogę domyślać się, o co chodzi, postaram się odpowiedzieć i chociaż częściowo potwierdzić lub zaprzeczyć:

 Pkt. 1. Potwierdzam używanie określenia „męczychójki” (taka dziewiętnasto­wieczna ortografia). Przejąłem to określenie od ś.p. Maćka Łukasiewicza, wielkiego dziennikarza i redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” z czasów świetności tej gazety. Definicja: „męczychójek” – młody mężczyzna pozbawiony elan vital, dawniej lelum po­lelum (istnieje wiele synonimów). Staram się nie używać tego określenia pod adresem konkretnej osoby, lecz opisowo, jako negatywny model, którego nie należy naśladować. Nie używam określenia „debil”, tylko „debil ekonomiczny” ewentualnie „debil finanso­wy”. Definicja: osoba posiadająca tytuł magistra, a najlepiej doktora filozofii, która nie rozumie, że przekraczanie budżetu jest przestępstwem urzędniczym i wiąże się z utratą pracy. Domyślam się, o kogo chodzi – osoby te nie pracują już w IL, ponieważ stwarzały sytuacje groźne dla IL. Pieniądze publiczne muszą być bezpieczne i nie można ich powierzać osobom niefrasobliwym. 

Pkt. 2. Typowa wypowiedź lenia, który chciałby mieć posadę, a nie pracę, chociaż w CV pisze, że „głodny jest nowych wyzwań”. Praca w IL może dawać wiele satysfakcji, bo się dużo dzieje, a wyzwania nie są standardowe i można się czegoś nowego nauczyć lub zdobyć nową umiejętność. Praca w IL jest zaszczytem i szansą zarazem – dotyczy to wszystkich pracowników, łącznie z dyrektorem. 

Natomiast zarzut przekraczania wymiaru czasowego jest wyjątkowym nadużyciem: 1) pracownicy korzystają z nienormowanego czasu pracy, 2) możliwa jest praca zdalna (okresowo lub według ustaleń stałych), a po wykonaniu projektu wymagającego pracy w weekendy lub wieczorem 3) można otrzymać dodatkowe dni wolne. To nie jest praca biuralistów, choć elementem są – oczywiście – działania urzędnicze. Poza tym, właśnie ze względu na specyfikę pracy, jeśli to jest możliwe, dyrektor ogłasza dodatkowe dni wolne od pracy np. w dni „między świętami”. Tego rodzaju zasady są usankcjonowane regulaminami, zarządzeniami i tym podobnymi dokumentami wewnętrznymi. Zasady są proste: kto wykona swój projekt, może korzystać z dodatkowego wolnego dnia pracy, aby zregenerowany i wypoczęty mógł podejmować następne wyzwania. Krótko: jest to perfidne pomówienie i łatwo udowodnić, że oparte na kłamstwie. 

Pkt. 3. Mówienie głupstw oraz kłamstw nie grozi żadnymi konsekwencjami w dzisiejszych czasach, więc kłamliwe oskarżenia są na porządku dziennym. Wia­rygodność oskarżyciela jest minus zerowa, skoro: 1) konkurs jak istniał, tak istnieje i właśnie dzisiaj (8 września) zostaną ogłoszone najnowsze wyniki, 2) w IL nikogo nie pytamy o płeć, preferencje seksualne, religię czy narodowość, a także przekonania polityczne. Bardzo łatwo udowodnić, że osoby pracujące w IL lub współpracujące na umowę zlecenie reprezentują szerokie spektrum w wymienionych kategoriach. Łatwo też zauważyć, że nagrody i wyróżnienia otrzymują osoby szerokiego spektrum. Krótko: jest to pomówienie, nie mówiąc już o tym, że praktyka wskazuje, iż informator nie może zaprzeczyć, że konkursy są kontynuowane. Tu chciałbym zauważyć, że rzetelny dziennikarz samodzielnie i bez mojej wypowiedzi łatwo może sprawdzić, że IL nie stosuje żadnych praktyk dyskryminacyjnych w w/w sferach. Wystarczy przeanalizować listy laureatów a także autorów na naszych portalach lub sprawdzić nazwiska autorów naszych książek. 

Pkt. 5. Pracownicy, którzy nie dopełnią obowiązku uzgodnienia z dyrektorem za­mówień i decyzja nie zostanie podjęta na piśmie (w państwowej instytucji konieczne są umowy), nie mogą pracować w IL. Nie mogę tolerować takich praktyk. Przypominam, że osoby, które nie rozumieją, że istnieje zasada dyscypliny budżetowej, nie nadają się na urzędników państwowych. 

Pkt. 12. Zarzut, że nie umiem rozliczać funduszy publicznych, stawia Pani osobie, która od lat korzysta z funduszy publicznych jako np. kierownik grantów lub były dyrek­tor departamentu w NBP, a obecnie prowadzi instytucję od lat pięciu. Przypominam, że IL – jak wszystkie instytucje kultury – jest regularnie sprawdzany co kwartał, a także w rytmie półrocznym i rocznym. Dodatkowo mamy coroczny audyt, nie mówiąc już o ministerialnym audycie co kilka lat. Może jednak trochę powagi? Owszem, bywali w IL kierownicy, którzy w swoim zakresie nie radzili sobie z takimi wyzwaniami mimo ich wy­sokich kwalifikacji merytorycznych, więc musieli odejść z pracy z powodu niemożności nabrania umiejętności urzędniczych. 

Pkt. 14. Zarzut pozbawiony podstaw i dokumenty łatwo wykażą, że jest oszczer­stwem. Podczas pandemii, mocą posiadanej władzy i w zgodzie z wytycznymi resortu, zorganizowałem pracę zdalną całego zespołu IL, pozostawiając jedynie niezbędne prace biurowe jak praca sekretariatu (w trybie pracy rotacyjnej, maksymalizując bezpie­czeństwo pracowników). Wszyscy pracownicy pracowali głównie w warunkach pracy zdalnej, kolegia redakcyjne oraz spotkania kierowników odbywały się on-line, a do biura wolno było przychodzić w wyznaczonych godzinach i po uzgodnieniu z kierownicz­ką administracji. Dyrektor podlegał tej samej zasadzie co inni pracownicy. Spotkania kierowników odbywają się raz w tygodniu, podobnie jak kolegia redakcyjne, a zasada ta obowiązuje zarówno w pandemii, jak w czasie zwykłym. Ja uczestniczę w spotkaniach kierowników nawet w czasie choroby, chociaż on-line. To jest dość głupie pomówienie i łatwo wykazać, że kłamliwe. 

Pkt. 15. Znany jest mi tylko jeden przypadek, kiedy młoda asystentka pracowała przy zbieraniu kwerendy oraz opracowywała bibliografię (jest to zresztą standardowa procedura, że najmłodsi badacze zajmują się najprostszymi, choć bardzo ważnymi zadaniami w pracy naukowej). Jej nazwisko zostało umieszczone w książce. Nic mi nie wiadomo o „notorycznym” zajmowaniu się moimi sprawami osobistymi, zwłaszcza, że o niczym konkretnie nie ma mowy w pytaniu. 

Pkt. 16. Potwierdzam. Powołanie IL zbiega się z moimi urodzinami, co sprawia mi przyjemność. Z tym, że urodziny IL obchodzimy hucznie co roku, a moje z rzadka. Ostatnie urodziny obchodziłem z okazji 69, a następne planuję, jak będę kończył lat 77. Nie mam też żadnych wątpliwości, że istnienie IL jest moim dużym sukcesem oso­bistym. Tak na marginesie, co jest oburzającego w nazwie „gwizdek” na pen-drive’a? Apeluję o powagę.– 

Pkt. 17. Rozumiem, że ktoś zgłosił, że groziłem pobiciem? Ma Pani na to jakieś dowody, albo zeznanie „syna pracownicy”? 

Pkt. 18. Jestem przyjacielem Ukrainy, naszym sąsiadom staram się pomóc osobiście oraz jako dyrektor instytucji. Nigdy nie wyraziłbym się w ten sposób. Zarzut został sformu­łowany przez osoby, które doprowadziły do kompromitującej sytuacji, a teraz mszczą się za utratę pracy. Komentarz jest bardzo prosty: osoby, które wbrew instrukcji doprowadziły do zakłócenia koncertu wybitnej pianistki ukraińskiej, już nie pracują w IL. Podczas rodzinnego pikniku ukraińskiego z udziałem licznym gości jeden z punktów programu przewidywał koncert fortepianowy. W tym czasie dla dzieci miał być zorganizowany osobny program w innej sali (mieliśmy do dyspozycji cały budynek). Polskie organizatorki nie sprostały zadaniu i podczas występu okazało się, że dzieci biegają po sali. Zdesperowane matki próbowały zabrać dzieci i je wyprowadzić, co dodatkowo wzmogło hałas i zakłóciło koncert trzaskaniem drzwiami i podobnymi odgłosami. Absolutnie nie wyraziłem się w ten sposób o naszych ukraińskich gościach, lecz miałem scysję z organizatorkami, które nie chciały przyznać, że swoim zaniedbaniem spowodowały sytuację, która mogła w złym świetle przedstawić naszych sąsiadów jako ludzi niekulturalnych. Generalnie: to nie Ukraińcy za­chowali się niestosownie (i nie było powodu ich wyzywać), tylko polskie organizatorki przez niedopilnowanie programu spowodowały, że sytuacja była kompromitująca. Najgorsze, że osoby z doktoratami z humanistyki nie były w stanie uwierzyć, że są odpowiedzialne za niezręczną sytuację. Być może nazwałem je idiotkami. 

Pkt. 19. W IL pracuje kilka osób, które znam dziesięć i więcej lat, a niektóre nawet od dziecka – nigdy się nie spotkałem z protestem z ich strony z powodu moich odruchów sympatii. To są wspaniali pracownicy, najczęściej moi wychowankowie (od dwudziestu lat prowadzę Warsztaty Herbertowskie). 

Obce kobiety tradycyjnie całuję w rękę, bo takie mam przyzwyczajenie, jeśli chodzi o okazywanie szacunku i sympatii. Bywają kobiety, które przyjęły inne standardy grzecz­nościowe, ale ich przecież nie zmuszam, kiedy spotykam się z niechęcią. 

Pkt. 21. To jeden z tych zarzutów, w których nie wiadomo, kiedy, gdzie itp., a je­dynie, że ja jestem „winien”. Na dodatek nie wiadomo, w jakim celu i z jakim skutkiem miałem pchnąć pracownicę na łóżko! Przecież to pachnie gwałtem albo przynajmniej napaścią seksualną, a więc kryminałem. I osoba poszkodowana lub świadkowie nie zgłosili rzekomej napaści na policję? Jak można na poważnie traktować tego rodzaju plotki i zadawać „dziennikarskie pytania”? 

Pkt. 22. Rzetelny i kompetentny dziennikarz sam by mógł sprawdzić, że to jakieś bzdury. Przecież IL nie podlega ministrowi Sellinowi, tylko innej osobie, więc jak taka groźba miałaby się spełnić? Osoba, która mówi takie rzeczy, nawet nie zdaje sobie sprawy, że ja właściwie nie znam ministra Sellina i widziałem go zaledwie kilka razy w życiu w sytuacjach oficjalnych. Ten zarzut dobitnie wskazuje, z jakimi informatorami ma Pani do czynienia. Rozumiem, że to Pani nie przeszkadza, bo trzeba mnie poniżyć w opinii publicznej. 

Pkt. 23. Kolejna manipulacja. Rola „Tarczy” jest podwójna: chodzi o to, aby autor otrzymał honorarium, a po drugie, aby zaistniał w publikacji. Po pierwsze, z „Tarczy” dokonujemy zakupów licencji, a czy dalszy los zakupionych tekstów polega na publi­kowaniu w IL, w dotowanych publikacjach zewnętrznych czy za granicą – to zależy od okoliczności. Owszem, jakiś procent utworów bywa publikowany także w naszych czasopismach i książkach – zresztą niewielki. To są decyzje poszczególnych redakcji. Jeśli utwory nie są publikowane w wersji papierowej, to umieszczamy je w Czytelni „Nowego Napisu Co Tydzień”. 

Co zaś do „delegacji”, to dotyczą one wyjazdów autorów i prowadzących spotka­nia w czasie promocji. Tego rodzaju wydatki (delegacje, honoraria, zakwaterowanie) są przewidziane w dotacji celowej jako osobna pozycja i są zgodne z zasadami. Dlatego mogą być rozliczane. Wygląda na to, że informator nie posiada wiedzy na temat zasad obowiązujących w programie i stawia zarzut z działalności statutowej oraz zgodnej z umową na dotację celową. Najlepszym dowodem jest, że dotacje te są co roku rozli­czane z sukcesem. Gdyby tak nie było, musielibyśmy je pokryć z dotacji podmiotowej. 

Pkt. 24. Często korzystałem z taksówek w czasie pandemii (a nie miałem dodatku na samochód). Dotyczyło to również osób, których obecność w biurze była konieczna, a nie mieszkają blisko, aby mogły przyjść pieszo do biura. To nie był przywilej, tylko sprawa bezpieczeństwa instytucji, skoro komunikacja publiczna była zagrożeniem. Chodziło o zminimalizowanie kontaktów z otoczeniem i ograniczenie możliwości zarażenia się. Rzecz była uregulowana odpowiednim zarządzeniem zgodnym z inte­resem instytucji. 

Pkt. 25. To jest samousprawiedliwienie osób, które nie pracują już w IL. W czasie pandemii i z powodu wojny na Ukrainie doszło do skokowych podwyżek papieru (nawet w granicach 100% w ciągu półrocza) oraz zwiększenia kosztów usług drukarskich. Biorąc pod uwagę gigantyczne wydatki IL w tej dziedzinie (jest to największa część naszego budżetu), kierownicy musieli na bieżąco korygować wydatki i ograniczać działania. Przez dwa lata w drugiej połowie roku musieliśmy być bardzo uważni i zmie­niać plany, a w ostatnim kwartale zmiany bywały dramatyczne, ponieważ sytuacja była nieprzewidywalna. Korekty wydatków i przenoszenie ich były konieczne, aby nie przekroczyć budżetu. Osoby z wyższym wykształceniem powinny rozumieć, że nie można wydać więcej, niż się ma, a nie upierać się, że miały coś zaplanowane rok wcześniej, kiedy do akceptacji oddaje się projekt budżetu. Urzędnik państwowy nie może być finansowym debilem. 

Pkt. 26. Złośliwa nadinterpretacja. W Polsce jeśli autor tekstu krytycznoliterackiego cytuje fragment wiersza, to czytelnik może łatwo sięgnąć po całość i rozumie kontekst w całej pełni. Jeśli dotyczy to czytelnika zagranicznego, przyjąłem zasadę, że wiersz (zwłaszcza jeśli krótki) powinien pojawić się w przypisie, aby znany był pełen kontekst. Mówimy o interesie polskiej literatury, a nie tylko o interesie zagranicznego czytelnika. Nie po to wydajemy publiczne pieniądze, aby „odfajkować sprawę”, ale aby polskie dzieła były zrozumiałe. Dotyczy to również tekstów interpretacyjnych. Działania są zgodne z prawem, a teksty są opłacane. 

Pkt. 27. Na jedyne pytanie merytoryczne odpowiadam. Pracowników etatowych jest 30, a stałe zlecenia ma 28. Uwaga: liczba się zmienia, ponieważ nawet niektórzy pracownicy etatowi mają umowy okresowe, płacone z konkretnych programów. Pracow­ników na zlecenie ta zasada dotyczy w większym stopniu. Nie jestem upoważniony, aby informować o konkretnych zarobkach. Poza tym regulamin przewiduje premie i nagrody dyrektora. 

Na zakończenie życzenia. Życzę podejmowania pracy merytorycznej, przynoszącej zaszczyt. Hejtem nie warto się zajmować, bo ubliża temu, kto stosuje. 

Dr hab. Józef Maria Ruszar 

 

ODPOWIEDŹ MKIDN W SPRAWIE INSTYTUTU LITERATURY 

28 lipca 2023 roku wysłaliśmy w imieniu Fundacji „Dialogu” im. Konstantego Puzyny pytania do Piotra Glińskiego, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dotyczące działalności Instytutu Literatury, kierowanego przez Józefa Marię Ruszara. Prosiliśmy o wyjaśnienie podstaw powołania w 2019 roku nowej instytucji kultury, zasad wyboru osoby nią kierującej, źródeł i zasad jej finansowania oraz rozliczania budżetu. 

Odpowiedź nadeszła w terminie określonym prawem dostępu do informacji publicznej. Jej treść jest konkretna, odwołuje się do stosownych zapisów w stosownych kodek­sach: Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego wykonywał swoje obowiązki zgodnie z przyjętymi zasadami oraz zgodnie z prawem. Jako organizator Instytutu Literatury jest zatem całkowicie w porządku. W razie wszelkich nieprawidłowości, uruchomiony zosta­nie określony prawnie (rozporządzeniami i statutem) mechanizm kontroli i wyciągania konsekwencji. Wniosek nasuwa się jasny: system zarządzania kulturą jest szczelny i nie wykazuje, jak dotąd, błędów. 

Warto jednak przyjrzeć się temu bliżej, by dostrzec niekonsekwencję czy tautologię. Na pytanie: dlaczego powstał Instytut Literatury? Odpowiedź brzmi: ponieważ jego utworzenie było niezbędne do realizacji zarządzenia ministra w sprawie utworzenia Instytutu Literatury. Jakie kryteria muszą spełnić przyszli dyrektorzy instytucji kultury? Muszą dysponować wiedzą specjalistyczną, doświadczeniem i umiejętnością zarzą­dzania zasobami. Jaką specjalistyczną wiedzą, jakim doświadczeniem, umiejętnością dysponowania jakimi zasobami należy się wykazać nie było tematem odpowiedzi. Na pytanie o wykorzystanie środków z dotacji celowych odpowiedziano, podając kwoty pieniężne. Dołączono stosowny komentarz o uzależnieniu finansowania od możliwości budżetowych MKiDN. Pytanie o nieprawidłowości w rozliczaniu działalności Instytutu Literatury skwitowano informacją o formalnych zasadach kontroli zawartych w ustawie o finansach publicznych. 

Jak zatem interpretować odpowiedzi udzielone w imieniu ministra Piotra Glińskiego, przez Agnieszkę Komar-Morawską, dyrektorkę Departamentu Narodowych Instytucji Kultury? Możliwości jest kilka. Pierwsza interpretacja jest oczywista – urzędnicza no­womowa ma utopić wrażliwe pytania w odpowiedziach naszpikowanych numerami paragrafów i odwołań do innych dokumentów prawnych. Druga – zwraca uwagę na egoistyczny, politycznie asekurancki aspekt funkcjonowania ministerstwa. Należy za­demonstrować czystość intencji i praworządność, by zabezpieczyć swój wizerunek na wypadek skandalu. Trzecia możliwość jest poniekąd altruistyczna – w zasłonie ogólni­ków chronimy ludzi, na których postawiliśmy i którzy są wykonawcami tak trudnej do przeprowadzenia, a ważnej z perspektywy propagandowej, polityki państwa. Minister­stwo Kultury przecież, jak wyraził się Piotr Gliński, „walczyło i walczy z białymi plamami naszej polityki historycznej” i działa w warunkach „ideologicznej ofensywy lewackiego szaleństwa poprawności politycznej czy cancel culture”1. 

Pełen tekst omówionych wyżej pytań do MKiDN oraz odpowiedzi, został zamieszczony na stronie internetowej Fundacji „Dialogu” im. Konstantego Puzyny w dziale Korespondencja

Fundacja „Dialogu” im. Konstantego Puzyny 

1. Piotr Zaremba Dbamy o artystów lepiej niż poprzednicy. Rozmowa z Piotrem Glińskim Ministrem Kultu­ry i Dziedzictwa Narodowego, “Rzeczpospolita” nr 210, 9 września 2023.

Dialog Puzyny. Przejęte w formie papierowej i w e-booku do kupienia TU