Przejdź do treści

Nieatrakcyjny demontaż

Zeszyt
Z Pauliną Kwiatkowską, Klaudią Rachubińską i Matyldą Szewczyk rozmawia Justyna Jaworska.
ple

AKT I

             Ach, co to było za pismo… Internetowy kwartalnik „Pleograf” powstał w 2016 roku, a kiedy wy przyszłyście do redakcji?

PAULINA KWIATKOWSKA: Zacznę może, bo dołączyłam na samym początku, choć najpierw tylko do Rady Naukowej. Redaktorką naczelną była wówczas Iwona Kurz, a kiedy zrezygnowała po czterech numerach, redakcja poprosiła, żebym zastąpiła ją na tym stanowisku. Wtedy w składzie redakcyjnym pisma byli jeszcze Teresa Rutkowska – ówczesna redaktorka naczelna „Kwartalnika Filmowego”, Karolina Kosińska – obecna redaktorka naczelna „Kwartalnika Filmowego”, Grzegorz Nadgrodkiewicz – również z redakcji „Kwartalnika Filmowego”, i oczywiście Natalia Chojna, która była pomysłodawczynią „Pleografu” jako koordynatorka Akademii Polskiego Filmu. Z czasem skład redakcji w naturalny sposób ewoluował – w ostatnich latach redakcję tworzyłyśmy my tu obecne oraz Barbara Głębicka-Giza i fotoedytorka z FInA Dominika Suder. Wydawcą „Pleografu” był najpierw Polski Instytut Sztuki Filmowej, potem Filmoteka Narodowa, wreszcie Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny. 

             „Pleograf” był na tle innych pism filmoznawczych o tyle wyjątkowy, że zajmował się wyłącznie polskim kinem, prawda?

KWIATKOWSKA: Tak, to było niespotykane na polskim gruncie i zarazem przecież naturalne – aż dziwne, że takie pismo nie powstało wcześniej. „Pleograf” bazował na lokalnym kontekście kinematografii narodowej i od początku był blisko i twórczo związany z innymi projektami PISF/FN/FInA oraz archiwami tych instytucji. Miał też stanowić dopełnienie rozwijanej przez kilkanaście lat ścieżki edukacyjnej, na którą składała się Filmoteka Szkolna, Olimpiada Wiedzy o Filmie i Komunikacji Społecznej i wreszcie przeznaczony dla osób studiujących na kilku największych polskich uniwersytetach dwuletni kurs Akademia Polskiego Filmu. Był to zatem rodzaj „organicznej nadinicjatywy”, która miała pokazać, na jak różne sposoby można rozwijać i popularyzować wiedzę o polskim kinie.

             Matylda, a ty kiedy dołączyłaś?

MATYLDA SZEWCZYK: Chwilę po Paulinie, na jej zaproszenie, w 2017 roku. W moich wspomnieniach to pismo pełniło wielorakie funkcje: prezentowało dobre, naukowe, filmo- i kulturoznawcze teksty na temat polskiego kina, a zarazem stanowiło zaplecze i bazę danych dla studentów, którzy brali udział w wykładach APF, i jednocześnie miejsce dla wykładowców, którzy mogli w artykułach rozwinąć pomysły z zajęć.

KLAUDIA RACHUBIŃSKA: Ja przyszłam trochę później, w 2018 roku. Od razu na miejsce odchodzącej sekretarz redakcji, Izy Polkowskiej, więc w podwójnej roli, także administracyjnej: ogarniałam umowy, faktury, ale angażowałam się też merytorycznie. W związku z tą biurową rolą nieco inaczej wyglądało moje zatrudnienie: wprawdzie nie miałam etatu, miałam jednak w pionie edukacyjnym roczną umowę zlecenie przedłużaną na kolejne lata, więc formalnie byłam najbliżej związana z instytucją.

             A poza tym wszystkie trzy zajmowałyście się naukowo między innymi filmem na kulturoznawstwie UW.

KWIATKOWSKA: Może wytłumaczę, skąd to się wzięło. To były jeszcze czasy przedpandemiczne, kolegia odbywały się na żywo i zależało nam, by redakcja mieszkała na miejscu, w przeciwnym razie osoby dojeżdżające wydawałyby całe skromne wynagrodzenie na bilety do Warszawy. Na Uniwersytecie Warszawskim nie ma oddzielnego filmoznawstwa, więc połączyliśmy filmoznawcze siły Instytutu Kultury Polskiej, Instytutu Sztuki PAN i Uniwersytetu SWPS.

RACHUBIŃSKA: Ale już teksty nadsyłały do nas osoby z bardzo różnych ośrodków, o różnym zapleczu metodologicznym, co dawało szansę na poszerzenie pola i mniej wsobne numery. Każdy ośrodek filmoznawczy w Polsce ma swoją specyfikę, „Pleo­graf” miał być takim wspólnym forum.

KWIATKOWSKA: Musiałyśmy, ale przede wszystkim chciałyśmy szukać autorek i autorów poza środowiskiem warszawskim, ale też często poza środowiskiem filmoznawczym – wśród kulturoznawczyń i medioznawców, a nawet socjolożek czy muzykologów, w zależności oczywiście od głównego tematu numeru.

             Pamiętam te tematy! „Nuda, marazm i powolność”, „Ironia”, „Kinofilia”, „Polskie kino mężczyzn”... Chociaż numery monograficzne, wokół wybitnych reżyserów, też pamiętam.

KWIATKOWSKA: Chyba te monograficzne, jako łatwiejsze do wymyślenia, bardziej przewidywalne, były nam jednak ostatecznie mniej bliskie…

SZEWCZYK: Oczywiście do każdego numeru publikowałyśmy i rozsyłałyśmy otwarte call for papers, ale przy ustalaniu kolejnych tematów zastanawiałyśmy się też od razu, kto zajmuje się daną problematyką, żeby dotrzeć specjalnie do osób, które same z siebie może by nam tekstu nie przysłały. Mam wrażenie, że to naprawdę było bardzo niewsobne, decydował klucz merytoryczny, a nie towarzyski. Mówię o tym, bo usłyszałyśmy potem zarzut, że pismo jest zbyt środowiskowe.

RACHUBIŃSKA: Tę różnorodność widać zwłaszcza w późniejszych naszych numerach, na przykład tym o dźwięku i muzyce, czy tym o edukacji filmowej, gdzie pojawiły się kompletnie nowe nazwiska. Same tematy to wymuszały. A dla mnie, ponieważ mam silny zmysł dydaktyczny i lubię pracować ze studentami, ważne było też, żeby „Pleograf” był takim miejscem, w którym można zadebiutować. Na przykład, kiedy ktoś napisał fajną pracę, z której chciał zrobić artykuł, albo dopiero zaczynał się zajmować filmem – jako redakcja byliśmy otwarci na takie współprace i staraliśmy się wspierać początkujących autorów… Cieszyliśmy się, że mogli zacząć u nas. 

             Jako wasza parokrotna autorka mogę dodać, że „Pleograf” trzymał akademicki poziom, ale nie był onieśmielający.

KWIATKOWSKA: To na pewno wynikało między innymi z charakteru medium: „Pleograf” był wówczas jednym z nielicznych – obok na przykład „Widoku” – pismem akademickim publikowanym od początku tylko w sieci. Jego strona była zintegrowana ze stroną Akademii Polskiego Filmu, gdzie dostępna była baza tekstów publikowanych wcześniej w innych czasopismach naukowych i branżowych, a także nagrania wykładów i inne materiały dla studentów. I sens tego kwartalnika też był edukacyjny: miał zachęcać, przybliżać, a nie dystansować. 

RACHUBIŃSKA: Sporo było u nas lżejszych, popularyzatorskich form: recenzji, wywiadów, relacji z festiwali, szkiców w tonie osobistym. To pomagało wprowadzać do rozmowy o polskim kinie nowe głosy i perspektywy, które mogą być ogromnie inspirujące, a nie zawsze mieszczą się w nieco sztywniejszych ramach akademickiego tekstu naukowego. Nie chodziło więc tylko o intelektualną wymianę między ośrodkami czy dyscyplinami, ale też o otwarcie się na wspólne myślenie o polskich filmach – które przecież odbywa się także poza murami uczelni i czasem znajduje najlepszy wyraz w mniej zdyscyplinowanej formie, na przykład felietonu. Także pod tym względem chyba nie byliśmy hermetyczni (a padł i taki zarzut).

             Robiłam wam kiedyś ślepą recenzję naukową i pamiętam artykuł pełen emocji, pisany z pewną nieśmiałością. Myślałam, że to jakaś młoda zdolna dziewczyna, której warto dać szansę, a potem się okazało, że to legenda polskiego filmoznawstwa, profesor Alicja Helman…

SZEWCZYK: Tak, bywały takie miłe niespodzianki, chociaż muszę przypomnieć (może to moje skrzywienie), że w „Pleografie” chodziło jednak zawsze o teoretyczny namysł nad kinem. Ta refleksja mogła być przystępna, mogła być osobista, ale to nie były nigdy impresje w stylu „fajny film wczoraj widziałem”.

RACHUBIŃSKA: Chodziło też o kompozycję numeru. Czasem tym, co najlepiej dopełniało teksty analityczne i historyczne, była pogłębiona rozmowa z twórcą filmowym lub filmoznawcą – albo osobisty szkic wychodzący od wspomnienia dziecięcej zabawy lalkami…

SZEWCZYK: ...bo to wspomnienie o lalkach było tak naprawdę refleksją nad zawodem reżyserki i nad rolą kina. Szeroko rozumianego, a nie muszę chyba dodawać, że zajmowaliśmy się kinem obecnym multimedialnie, w telewizji, na DVD i w sieci. Mieliśmy ambicje, by patrzeć pod nieoczywistym kątem. Coraz więcej osób to doceniało.

             I trwało to szczęście… jak długo?

KWIATKOWSKA: Do 2021 roku.

AKT II

             Jakie były pierwsze jaskółki zmiany? Co się wydarzyło?

KWIATKOWSKA: Właśnie nie tyle się wydarzyło, ile przestało się dziać. Żadne jaskółki nie nadleciały tamtej wiosny, która była do innych niepodobna… Miałyśmy już nadesłane propozycje tekstów do nowego numeru, ale nie mogłyśmy przejść do kolejnych etapów prac redakcyjnych, bo nie przychodziły umowy.

             Numer był, nomen omen, o Apokalipsie?

SZEWCZYK: To teraz dobry dowcip, ale pamiętam, że byłam naprawdę podekscytowana tym tematem, który wydawał mi się bardzo na czasie (jeszcze nie wiedziałyśmy, jak bardzo). Jego kontekst był pandemiczny, ale chciałyśmy sprawdzić, jak polskie kino, gnębione przecież klęskami wojennymi, traumami i złymi przeczuciami, podejmowało wcześniej katastroficzne tematy. I co z tego wynika dla nas obecnie.

KWIATKOWSKA: Zatem funkcjonowałyśmy w poczuciu zawieszenia, czekając na umowy i wysyłając autorkom i autorom komunikaty, że wszystko się opóźnia…

             Nie dostawałyście wynagrodzenia?

KWIATKOWSKA: Nie, ponieważ nam płacono w ramach umowy zlecenia dopiero po opublikowaniu numeru. Przy czym to nie były wielkie stawki – od razu powiem, że Matylda jako redaktorka prowadząca miała dostać za te trzy miesiące pracy 900 zł, a ja jako naczelna 1200. Żeby było śmieszniej, w późniejszej rozmowie z dyrektorem Kaczmarkiem zostałam oskarżona także i o to, że godziłam się pracować za takie pieniądze i na umowę zlecenie.

             Czyli podsumujmy: teksty spłynęły, ale nie można było za nie zapłacić ani ich uruchomić, więc nie można było zapłacić także wam, chociaż powinnyście już szykować kolejny numer – i koło się zamykało.

KWIATKOWSKA: Przy czym umowy, przygotowane i gotowe do podpisu, leżały na biurku nowego dyrektora. Bo tu trzeba się cofnąć do początku marca 2021 roku, kiedy Dariusz Wieromiejczyk został wezwany do Ministerstwa jako dyrektor FInA, a wyszedł już jako były dyrektor...

             Przejechał się na wibratorach, dobrze pamiętam?

RACHUBIŃSKA: To może wyjaśnię. Dariusz Wieromiejczyk, również powołany na to stanowisko przez ministra Glińskiego, miał duże zaufanie do swoich wicedyrektorek i współpracowników, mówię to w pozytywnym sensie. I w związku z tym my też w „Pleografie” miałyśmy dużą swobodę, podobnie jak osoby przygotowujące przeglądy filmowe na Ninatece. Kwestie merytoryczne, programowe były opracowywane przez poszczególne zespoły i przedstawiane do akceptacji dyrekcji – nie odwrotnie. Kiedy do przeglądu filmów dokumentalnych Herstorie wszedł dokument o robotnicach z węgierskiej fabryki wibratorów (równie dobrze mogłyby produkować telefony komórkowe – tematem filmu był wyzysk i alienacja pracy kobiet), dyrektor został oskarżony o to, że „coś takiego” puścił. Chociaż oficjalnie zarzucono mu przede wszystkim uchybienia finansowe, a wstrzymanie przeglądu tłumaczono nieprawidłowościami o charakterze formalnym.

SZEWCZYK: I nastał dyrektor Robert Kaczmarek. Pamiętam te miesiące jako taki okres zawieszenia – nic się nie działo, czas mijał, umowy nie wracały mimo naszych uprzejmych monitów, a my się nawzajem uspokajałyśmy, że to przecież nie może być nic złego, nie wpadajmy w histerię… 

KWIATKOWSKA: Dodajmy, że na tle gigantycznego budżetu, jakim dysponuje FInA, „Pleograf” był maleńką kropelką. Miałyśmy świadomość, że dla nas to jest sprawa bardzo ważna, ale z punktu widzenia tak ogromnej instytucji może być na szarym końcu i musimy poczekać, aż się nami zajmą.

SZEWCZYK: W tym czasie zawieszenia powstawała nowa strona internetowa „Pleo­grafu”. Siedzieliśmy nad jej koncepcją, przerzucając strony czasopism filmoznawczych z całego świata, żeby zobaczyć, jakie są dobre praktyki w tej dziedzinie, jak to komunikatywnie i nowocześnie zrobić. Wyszła świetnie, ale jej uruchomienia nie doczekałyśmy, została przejęta przez nową redakcję – ostatecznie była robiona dla instytucji, nie dla nas.

             Wróćmy jednak do wiosny 2021 roku. Nic się nie dzieje, a wy zaczynacie się niepokoić...

KWIATKOWSKA: Zaczęłyśmy też śmielej interweniować, poprosiłyśmy na przykład o wsparcie żyjącą jeszcze wtedy Annę Sienkiewicz-Rogowską, jedną z wicedyrektorek FInA, i naszą Radę Naukową. To ostatnie akurat zostało potem przyjęte z politowaniem, bo nowe władze FInA uznały, że rada naukowa czasopisma nie ma formalnego umocowania, czyli właściwie jej opinia jest bez znaczenia. No, może tylko tytuły profesorskie zrobiły niejakie wrażenie… Tak czy owak sprawy zaczęły wyglądać źle, także środowiskowo, bo ludzie czekali na odpowiedź i coraz trudniej było nam się tłumaczyć z tego impasu. Zaczęłam się domagać spotkania, w końcu do niego doszło i po dziś dzień uważam to za jedno z trudniejszych dla mnie doświadczeń.

AKT III

             To był koniec czerwca, miesiąca dumy. Upał. Pamiętam, poszłaś na to spotkanie w tęczowej spódnicy. Zadzwoniłam do ciebie niedługo potem, ale nie byłaś nawet w stanie rozmawiać.

SZEWCZYK: I byłaś tam tylko z Barbarą Gizą, dlaczego w takim składzie?

KWIATKOWSKA: Bo nikt inny nie został zaproszony. Przyjął nas dyrektor Kaczmarek oraz wicedyrektorki Monika Piętas-Kurek i Magdalena Piejko. To był ten nowy skład, który przyszedł po zwolnieniu Wieromiejczyka. Faktycznie tego dnia było strasznie gorąco, wściekały się osy, wściekali się ludzie… Spotkanie prowadzone było w sposób całkowicie dla mnie nieakceptowalny – jednocześnie chaotyczny i konfrontacyjny.

SZEWCZYK: Paulina szła tam z zamiarem wyjaśnienia niezrozumiałych dla nas spraw – wstrzymania prac redakcji, blokowania publikacji kolejnego numeru, braku komunikacji. Tymczasem okazało się, że zupełnie nie o to w tej rozmowie chodziło. Nie poruszono kwestii, których można się było spodziewać, czyli wyjaśnienia kryzysu, określenia nowych zasad współpracy czy nawet sformułowania zasad nie­współpracy, w rodzaju: „Przykro nam, nowa dyrekcja ma zupełnie inny pomysł na tę redakcję i profil czasopisma, wobec tego bardzo państwu dziękujemy, do widzenia”. Dynamika i cel tego spotkania były całkiem inne.

KWIATKOWSKA: Tak, począwszy od sygnału, że jesteśmy w pośpiechu. Spotkanie zaczęło się oczywiście z opóźnieniem, my czekałyśmy w rozgrzanym, nieklimatyzowanym sekretariacie i kiedy nas wreszcie wpuszczono, okazało się, że mamy tylko czterdzieści pięć minut, co przy dysproporcji sił nie dawało szans na spokojną rozmowę. To, co się tam wydarzyło, to była instytucjonalna przemoc.

             Atakowali, stawiali zarzuty?

KWIATKOWSKA: I to bombardujące, absurdalne, od Sasa do Lasa. Nie jestem w stanie przytoczyć ich po kolei, bo byłam jednak mocno spięta, a spotkania niestety nie nagrywałam… Myślałam, że sama będę miała przestrzeń, by postawić kilka zarzutów albo przynajmniej pytań, a znalazłam się na celowniku. Wytykano mi, że za mało zarabiałam i nie ubiegałam się o umowę o pracę. Że umowy dla autorek i autorów były źle skonstruowane i pozwalały im na wycofanie tekstu już po przekazaniu go do recenzji naukowych (co jest zwyczajną praktyką w czasopismach naukowych), przez co narażałam instytucję państwową na straty finansowe. Że nikt nas w środowisku filmoznawczym nie znał (co było kuriozalne), a jednocześnie, że wszyscy nas znali, ale myśmy chciały publikować tylko wybranych. Że redakcja nie współpracowała z innymi działami i osobami z FInA. Z tych zarzutów i pytań jawnie wynikało, że dyrekcja nie ma pojęcia, jak działa pismo naukowe, czym jest proces recenzyjny ani na czym polega specyfika „Pleografu”. 

SZEWCZYK: Jednocześnie miałyśmy świadomość, że w czasie tych ostatnich miesięcy, gdy pozornie nikt się nami nie interesował, powołany został zewnętrzny ekspert do oceny między innymi naszej działalności. Spodziewałyśmy się, że w trakcie rozmowy przedstawione zostaną oficjalne wnioski płynące z tej opinii, że będziemy mogły się z nimi zapoznać i jakoś do nich odnieść – była to przecież ocena naszej wieloletniej pracy. 

KWIATKOWSKA: Oczywiście poruszyłam tę kwestię i poprosiłam o informację, kto sporządził ekspertyzę.  W odpowiedzi usłyszałam – nie po raz pierwszy ani nie ostatni w trakcie tej rozmowy – że dyrekcja nie ma takiego obowiązku. Zapewne obowiązku formalnie nie miała… Podobnie jak formalnie nie było przeciwwskazań, żeby ów niezależny ekspert – jako człowiek wielu instytucji i wielu potencjałów – kilka tygodni później wszedł do nowej Rady Naukowej „Pleografu”. 

             Wróćmy jeszcze do tych dziwnych trzech kwadransów. Czy kiedy wychodziłaś z gabinetu dyrekcji, nie byłaś już naczelną?

KWIATKOWSKA: Rzeczywiście, zaraz potem ustąpiłam – zdaję sobie sprawę, że ułatwiając w ten sposób dyrekcji i nowej redakcji dalsze kroki. Do teraz nie mam jasności, czy podjęłyśmy wtedy dobrą, czy złą decyzję. Zawodowo i emocjonalnie nie mam wątpliwości, że dobrą, ale strategicznie można było pewnie trochę to przeciągnąć, nie oddawać pisma tak szybko. Choć z drugiej strony ta dymisja była czystą formalnością, bo przecież i tak nie miałam już umowy. Przyznaję: ze strony dyrektora Kaczmarka nie padło zdanie, że nie jest zainteresowany dalszą współpracą. To ja powiedziałam, że sobie takiej współpracy nie wyobrażam, choćby na podstawie tego, jak przebiega ta rozmowa. A potem wysłałam mejlowo rezygnację.

             A czy padały zarzuty pod adresem profilu ideowego „Pleografu”?

KWIATKOWSKA: Nawet nie, co świadczyło też o tym, że osoby, które z nami rozmawiały, chyba  nie przejrzały porządnie pisma. Usłyszałam za to zarzuty, że nie interesowały nas świetne archiwa FInA…

             Nieprawda!

KWIATKOWSKA: Tak też zawołałam. Miałyśmy nawet cykl, który nazywał się „Z archiwum”. Wystarczyło zajrzeć. I że nie piszemy dla „zwykłego czytelnika”…

SZEWCZYK: Nieprawda! Miałyśmy cykl „Z perspektywy”, lekki i felietonowy.

RACHUBIŃSKA: Jeżeli zapis rozmowy z Jagodą Szelc, przeprowadzonej podczas spotkania z młodzieżą na DKFie w Iluzjonie, albo wywiad z twórcami efektów dźwiękowych, wydają się komuś elitarne czy zbyt wymagające, to chyba ma małe zaufanie do inteligencji „zwykłych czytelników”.

             Zatem Paulina zawołała „Nieprawda!” wiele razy w ciągu jednego spotkania i podała się do dymisji. A wy?

RACHUBIŃSKA: My też, przecież nie miałyśmy żadnych narzędzi, żeby się postawić. Dla mnie sytuacja była o tyle niezręczna, że nie chciałam też wystawiać na nieprzyjemności kolegów i koleżanek z działu, którzy wówczas jeszcze próbowali realizować swoje projekty. Czułam, że moje tupnięcie nogą mogłoby odbić się na nich. Po tamtej rozmowie Pauliny z dyrekcją napisałyśmy wspólnie pożegnalny post na Facebooku „Pleografu”, zupełnie niekontrowersyjny – dziękowałyśmy czytelnikom i autorom. Wisiał może pół godziny. Klucze do serwera miała FInA, pożegnanie zaraz znikło.

SZEWCZYK: Ja byłam odpowiedzialna za ten numer o Apokalipsie, co nie pozwalało mi wcześniej opuścić pokładu, ale wobec takiego obrotu spraw nie miałam się nad czym zastanawiać. Poszło szybko, też przecież nie miałam umowy, no i nie było z kim pracować. Nie chcę robić z tego osobistej ofiary, bo miałam inne zobowiązania, przede wszystkim uniwersyteckie. Chociaż paru spraw mi szkoda.

RACHUBIŃSKA: Ja już od dłuższego czasu trochę nie miałam co robić. Jak na ironię, wcześniej oddałam część innych obowiązków zawodowych, by zająć się tylko „Pleografem”, który akurat pięknie się rozwijał, powstawała nowa strona internetowa, przygotowywałam numer anglojęzyczny…

SZEWCZYK: To też był bardzo dobry pomysł: by raz do roku wydać numer z tłumaczeniami wybranych tekstów na angielski, prezentujący nas szerzej w świecie i przydatny choćby dla wykładowców polskiego kina w zagranicznych ośrodkach. Dwa takie numery się ukazały.

             Czyli pismo na początku 2021 roku nabierało wiatru w żagle?

RACHUBIŃSKA: I to jak! Dodam tylko, że jeszcze w lutym wspierałam nową koordynatorkę przy organizacji sesji zimowej w Akademii Polskiego Filmu, a potem, od marca, miał mi zostać już tylko nasz kwartalnik. I na początku marca wszystko się zatrzymało... Ja już w maju byłam gotowa do odejścia, bo ta sytuacja wszystkie nas niszczyła, ale po rozmowie z kierowniczką Zespołu Edukacji Filmowej zdecydowałam się jeszcze zostać, poczekać na rozwój sytuacji. Potem już nie, nie miało to żadnego sensu. Gdy o swoim odejściu z FINA poinformowałam podczas zebrania na Zoomie, dla niektórych osób było to jednak pewnym zaskoczeniem – trwała pandemia, ludzie nie chodzili do pracy i czasem nie zdawali sobie sprawy ze skali frustracji w poszczególnych projektach. Swoją drogą, z mojego dawnego zespołu edukacyjnego, który jeszcze na początku 2021 roku tworzyło dziesięć osób, została tam obecnie chyba tylko jedna.

KWIATKOWSKA: To w ogóle ogromna strata: to były świetne zespoły, świetne projekty, świetne inicjatywy. One teraz po cichu wygasają, trochę są, a trochę ich nie ma. Na zewnątrz dochodzą tylko smutne opowieści kolejnych osób, które albo już odeszły, albo są na wylocie, bo z różnych powodów nie dają rady. Zapanował tam fatalny klimat.

             Implozja systemu?

KWIATKOWSKA: Powiedziałabym, że nastąpił demontaż atrakcji, właściwie to nieatrakcyjny demontaż…

AKT IV

             I tu wkracza, cały na czarno… Mikołaj Mirowski. Historyk.

KWIATKOWSKA: Który wcześniej naukowo nie zajmował się kinem. 

SZEWCZYK: W lipcu 2021 cały ten okres smuty i przemocy jawnej (absurdalne zarzuty, niegrzeczne traktowanie) albo ukrytej (długotrwałe ignorowanie, uniemożliwienie pracy) zakończył się wejściem nowej redakcji. Do żadnej z nas nikt z nowego zespołu się nie odezwał, ale jednocześnie nowy naczelny wystosował na stronie FInA koncyliacyjny list powitalny, w którym położył akcent na ciągłość, podtrzymując naszą serdeczną, bezpośrednią retorykę. W skrócie – kochani czytelnicy, dziękujemy wam, redakcji, autorom i recenzentom za te inspirujące dwadzieścia dwa numery i zapewniamy, że będziemy robić to, co wcześniej, jednak większy nacisk położymy na zwrot ku archiwom, będziemy publikować materiały z kolaudacji i postaramy się o punkty naukowe. Będziemy także otwarci dla osób spoza środowiska filmoznawczego.

RACHUBIŃSKA: No i podtytuł czasopisma nieznacznie się zmienił. Zamiast „Kwartalnika Akademii Polskiego Filmu”, co podkreślało dawną afiliację i profil filmoznawczy, jest „Historyczno-filmowy Kwartalnik Filmoteki Narodowej”. 

             Zwróćmy uwagę, że stała się tu rzecz bulwersująca, możliwa tylko w internecie: zachowano co prawda w sieci wszystkie wasze numery archiwalne, ale znikła dawna stopka redakcyjna. Nie ma śladu waszych nazwisk. Owszem, we wstępniaku do pierwszego „nowego” numeru z września 2021 roku można przeczytać ogólnie o zmianie redakcji, o „redefinicji priorytetów” przy szacunku dla „dorobku poprzedników”, ale bez konkretów personalnych, jakby was nie było. Jeśli nowy czytelnik pominie ten akurat wstępniak, to się nie zorientuje, że zaszła dobra zmiana.

SZEWCZYK: Ten pierwszy numer nowej redakcji, o Apokalipsie i przemieszczeniu, jest złożony z pomysłów dwóch ostatnich naszych numerów, które się już nie ukazały. Wypadło to bardzo mechanicznie, przecież to były dwie odmienne koncepcje; tyle tylko, że znaczna część autorów nadesłanych tekstów wycofała je po zmianie redakcji.

RACHUBIŃSKA: Kontynuacja była rzeczywiście, delikatnie mówiąc, mało fortunna. Natomiast kolejne numery  sprawiają wrażenie, jakby były albo po prostu wyrazem indywidualnych zainteresowań członków redakcji lub Rady Naukowej (choćby opublikowane „Polskie kino gatunków” czy zapowiedziane, ale bez pełnego call for papers „Fenomen polskiego Teatru Telewizji” i „Sport w polskim kinie”), albo próbą zmierzenia się z tematami już obecnymi w obiegu filmoznawczym. Ludowym historiom przyglądała się równolegle redakcja czasopisma „Ekrany”, kinu dla dzieci i młodzieży redakcja „Kwartalnika Filmowego”, a na Festiwalu Filmowym w Gdyni w 2022 roku z inicjatywy Tomasza Kolankiewicza sekcję poświęconą odwołanemu festiwalowi z 1982 roku kuratorował Miłosz Stelmach. Nie mówię tego na prawach zarzutów, chodzi jedynie o to, że takie podejście do planowania numerów sprawia, że czasopismo raczej podsumowuje w jakimś obszarze stan badań, niż wytycza nowe pola czy inicjuje dyskusje. 

KWIATKOWSKA: Wyraźnie widać też, że obniżyły się standardy redakcyjne. Wielu publikowanym artykułom brak niestety nie tylko krytycznej redakcji, ale niekiedy nawet solidnej korekty.

             Może jednak coś tej nowej redakcji wyszło?

KWIATKOWSKA: To, co robią rzeczywiście fajnego i cennego, to publikowanie stenogramów z kolaudacji. Bardzo potrzebna rzecz, ważna zarówno dla badaczek, jak i studentów, ale niewymagająca pogłębionego namysłu redakcyjnego.

SZEWCZYK: Przejrzałam kolejne numery „Pleografu”. Pismo rzeczywiście „otworzyło się” na osoby spoza środowiska filmoznawczego, swoje teksty publikują w nim historycy, osoby związane z literaturą czy teatrem, nazwisk filmoznawców ze znaczącym dorobkiem wyraźnie ubyło. Moim zdaniem to nie jest zaleta, bo pismo nie stało się przez to bardziej popularne (ani „popularyzatorskie”), straciło natomiast status miejsca żywej i istotnej refleksji nad polskim kinem. Niepokojąca wydaje się praktyka drukowania w kolejnych numerach artykułów tej samej grupy autorów, przez co periodyk zaczyna przypominać magazyn opinii, ze stałą grupą autorów piszących o wszystkim, a nie recenzowane czasopismo naukowe. Nie wiadomo zresztą, kto te teksty naukowo recenzuje, bo od 2021 nie jest aktualizowana podstrona z nazwiskami recenzentów.

KWIATKOWSKA: Ale też trudno się dziwić, że do „Pleografu” chcą pisać osoby z różnych dziedzin, bo to intratne. Pismo oferowało wcześniej niewysokie honoraria (co i tak było rzadkością w akademickich realiach), teraz płaci świetnie: dziewięćset złotych za tekst powyżej dwudziestu tysięcy znaków. Ceną jest jednak zaakceptowanie dziewięciostronicowego regulaminu sygnowanego przez dyrektora Kaczmarka i udostępnionego na stronie, który przewiduje między innymi karę tysiąca złotych za wycofanie tekstu po recenzji naukowej. To w ogóle fascynująca lektura – choć pełna niezręczności, kancelaryzmów i kiksów językowych – bo pokazuje, że podstawową intencją wydawcy jest zapewnienie sobie pełnej kontroli nad redaktorem naczelnym, członkami redakcji, Radą Naukową i wreszcie nad całym procesem wydawniczym. Można tylko współczuć takich warunków pracy, nawet jeśli jest to już praca etatowa.

AKT V

             Jak wam się wydaje, co z tym będzie dalej? 

SZEWCZYK: Kiedy już skończyła się nasza historia z „Pleografem”, znaczna część autorów powycofywała swoje nadesłane wcześniej teksty. Odeszła też większość członków Rady Naukowej. Panowała atmosfera odchodzenia i ogólne poczucie, że coś śliskiego (w najlepszym razie) się tu rozegrało. Dostawałyśmy liczne wiadomości z wyrazami wsparcia i oburzenia na skandaliczne praktyki. Ale przychodziły też maile z wyjaśnieniami od osób, które zdecydowały się na ten czy inny rodzaj współpracy z nową redakcją i tłumaczyły nam, że z różnych względów nie mają innego wyjścia. To było przykre i niezręczne, choć przecież bardzo charakterystyczne dla tego typu historii. A w końcu pojawiały się zdziwione pytania: co się w tym „Pleografie” stało, dlaczego jest nowa redakcja? To było smutne, bo pokazywało, że polityka „braku informacji” działa: ludzie nie wiedzą, co się wydarzyło, a przecież nie każdy będzie dociekał. Uzna raczej, że to nie jego sprawa i wszystko powoli się znormalizuje. 

KWIATKOWSKA: Wygląda zresztą na to, że ta normalizacja będzie postępować. Już wiadomo, że na stanowisku redaktora naczelnego „Pleografu” Mikołaja Mirowskiego zastąpił Konrad Klejsa, filmoznawca z Uniwersytetu Łódzkiego i jeden z członków obecnej Rady Naukowej pisma. Można oczywiście stwierdzić, że ze względów czysto merytorycznych będzie to zmiana na lepsze. Mnie jednak – nie bez gorzkiej satysfakcji – uderzyło, że taka zmiana potwierdza do pewnego stopnia moje wcześniejsze rozpoznania, o których wspominałam w rozmowie z Jakubem Sochą dla „Dwutygodnika”[1]. Jest to bowiem podobny mechanizm, polegający na przejmowaniu instytucji w dwóch taktach. Czasem zaczyna się od zmiany delikatnej, by ją potem wzmocnić silniejszym uderzeniem. Czasem odwrotnie. Pierwszy ruch – jak właśnie w tym przypadku – jest w wyraźniejszy sposób siłowy, wystawia się do niego osoby niekoniecznie kompetentne, ale takie, które przejmą na siebie ewentualną pierwszą falę środowiskowej niechęci i sprzeciwu. Potem następuje korekta, „lepsza zmiana”. Czyli etap naturalizacji, stabilizowania przejęcia i nadawania pozytywnego wydźwięku procesom, w których nie ma nic pozytywnego, bo są po prostu przemocą. A środowisko – niezależnie od tego, czy mówimy o artystkach i kuratorach, medioznawczyniach i filmoznawcach czy dramaturgach, krytyczkach i badaczach teatru – dzieli się powoli na tych, którzy już zostali mocno doświadczeni przez dobrą zmianę, na tych, którzy zrobią wiele, by tego uniknąć, wreszcie na tych, którzy z przekonaniem podjęli współpracę. Był o tym nawet taki polski film… Barwy ochronne.


 

[1]     Dobra zmiana na lepsze, z Pauliną Kwiatkowską rozmawiał Jakub Socha, „Dwutygodnik” nr 316,  2021.

PAULINA KWIATKOWSKA jest historyczką i teoretyczką filmu, adiunktką w Zakładzie Filmu i Kultury Wizualnej Instytutu Kultury Polskiej UW.  Zajmuje się teorią obrazu filmowego, historią kina, antropologią kultury wizualnej oraz historią kultury polskiej dwudziestego wieku i historią kultury francuskiej. Jest autorką książki Somatografia. Ciało w obrazie filmowym (Kraków 2011, przekład na język rosyjski Charków 2014) oraz współautorką i współredaktorką wielu książek, między innymi książek Kultura wizualna w Polsce. Fragmenty oraz Kultura wizualna w Polsce. Spojrzenia (Warszawa 2017). W latach 2017-2021 była redaktorką naczelną czasopisma naukowego „Pleograf. Kwartalnik Akademii Polskiego Filmu”.

MATYLDA SZEWCZYK jest kulturoznawczynią, badaczką relacji kultury wizualnej z nauką i nowymi technologiami: sposobów, w jakie obrazy ukazują rzeczywiste i wyobrażone przełomy naukowe i technologiczne oraz tego, jak je współtworzą. Kieruje Zakładem Filmu i Kultury Wizualnej Instytutu Kultury Polskiej UW. Jest autorką książki W stronę wirtualności. Praktyki artystyczne współczesnego kina (Warszawa 2015), współredaktorką tomów Sztuka w kinie dokumentalnym (Warszawa 2016) i Cięcie ciał. Ruchome obrazy (2018). W latach 2017-2021 była redaktorką w „Pleografie. Kwartalniku Akademii Polskiego Filmu”.

KLAUDIA RACHUBIŃSKA jest absolwentką Wydziału Psychologii oraz Instytutu Kultury Polskiej UW. Pracuje nad rozprawą doktorską poświęconą wizerunkom kobiet w muzyce rozrywkowej. Publikuje w czasopismach i tomach zbiorowych. W latach 2018-2021 była sekretarzem redakcji w „Pleografie. Kwartalniku Akademii Polskiego Filmu”. Od 2022 roku jest redaktorką „Kwartalnika Filmowego” i pracowniczką  Instytutu Sztuki PAN.